Blog Roku i krokodyl

01

Miałam ze cztery lata, z czego większość przeleżałam w łóżku chorując. Byłam słabym, bladym chuchrem (na zdjęciu, w koronie*) z mięśniami, które nie znały żadnej aktywności fizycznej i sprawnością na żenującym poziomie. Obok mnie, w równym szeregu stali oni – bogowie trzepaków, spalone słońcem dzieciaki z wystającymi, wiecznie poobijanymi kolanami. Szybcy, silni, zwinni.

Tak, stanęłam z nimi w szranki, w „Wyścigu w workach dla najmłodszych” na jednym z wieczorków organizowanych dla dzieciaków na wczasach LWP. I szybko zdałam sobie sprawę, że głupio zrobiłam. Żadnych szans. Ale przecież był on – krokodyl. Nagroda. Zabawka. Plastikowy, tani, szpetny, mroczny obiekt pożądania.

Wypuściłam więc worek z rąk, opuściłam linię startu i podeszłam prosto do stolika, przy którym siedziało Szanowne Jury.

- Chcę tego krokodyla, czy mogę go dostać?

Spojrzeli na mnie. Na moich przeciwników. Na skrzynkę pełną tych cholernych żółtych krokodyli, których mieli dość, żeby nagrodzić wszystkie dzieci świata. Jeszcze raz na mnie.

Chwilę później, kiedy siedziałam już ze swoim własnym krokodylem, ktoś inny doskakał w worku do mety. Nic mnie to nie obchodziło.

Minęło trzydzieści lat.

Jeśli coś we mnie zostało z tamtego chorowitego dzieciaka to zamiłowanie do bycia samej, książek (choć w tamtych czasach poprzestawałam na obrazkach) i rysowania. Nic ponadto. Dziś sama nagroda – zwłaszcza rzeczowa – to nie jest coś, co mnie kręci. Chcę walczyć, żeby zdobywać. Nie odpuszczam wyścigu, bo wiem, że to czysta frajda i mega satysfakcja.

Mimo to, kiedy zaczął się konkurs Blog Roku, odpuściłam a priori.

Stwierdziłam, że za wysokie progi. To byli właśnie akrobaci z trzepaków, kontra ja – chorowita czterolatka. Blog to nie projekt zawodowy, więc łatwiej odpuszczać. Ktoś mi jednak uświadomił, że gdzieś w międzyczasie dorosłam i powinnam bez kompleksów iść do przodu (dzięki Mówiący Szopie). Na wszelki wypadek zwróciłam się jeszcze do osoby, którą uznaję (i całkowicie słusznie :)) za swoją największą zawodową mentorkę, by pomogła mi wybrać tekst (startowałam w kategorii Tekst Roku). Pomogła i dodała, że to powinno być moim celem, bo przecież chcę wygrać. „Chcę wygrać” – rany, w tym momencie pierwszy raz pomyślałam, że to w ogóle możliwe. Dalej już poleciało. Zgłoszenie, kampania w social media, żebrolajki  ;). Wyprzedzając mistrzów trzepaka dostałam się do finału.

I nie wygrałam.

Dlaczego formułuję to tak? Dlaczego nie mówię „przegrałam”? Bo nadal – jak się okazuje zwycięstwo jako takie nie było najważniejsze. I nie czułam ani przez chwilę goryczy porażki. Krokodyl, którym w tym przypadku był wyjazd do SPA albo biżuteria, mało się dla mnie liczył.  Oczywiście, jak każda blogerka, mam parcie na fejm, ale trudno – dojdę do niego wolniej.

Co w takim razie było ważne?

Gdzieś po drodze okazało się, że mam ogromne wsparcie. Od ludzi, których byłam pewna, ale także od dalekich znajomych, czy całkowicie obcych osób, których nawet bym nie podejrzewała, że będą głosować i namawiać do tego innych a przy tym chwalić mnie wszem i wobec. Dzięki temu wsparciu runął mur kompleksów. Wyprzedziłam gigantów. Moja mentorka pochwaliła sposób prowadzenia kampanii w social mediach i dodała kilka słów o tym, że jest ze mnie dumna za samo dostanie się do finału przy tak dużej i mocnej konkurencji (efekty uboczne: wielkie wow i niepokojąco dobry nastrój przez resztę dnia).

Przede wszystkim jednak okazało się, że blog ma sporo czytelników, którzy doceniają moją pracę. To było jedno z najbardziej uskrzydlających przeżyć, jakie zdarzyły mi się od dawna. Wobec takiego wsparcia, werdykt jury nie był już tak ważny.

„Krokodyl” trafi do kogoś innego. Ja cieszyłam się wyścigiem. I Wam radzę to samo: grajcie, walczcie, cieszcie się rywalizacją, każdą sekundą w której uciekacie rywalom. Nawet jeśli ktoś Was na koniec pokona, to nadal była piękna walka. Uściśnijcie dłoń zwycięzcy i startujcie dalej. Wyciągajcie wnioski, pożegnajcie kompleksy, odkrywajcie sojuszników i strategię wrogów. A przede wszystkim doskonalcie się. Ostatecznie na każdego z nas czeka jakaś wygrana. Powodzenia!

 Ps. A wszystkim, którzy na mnie głosowali, jeszcze raz bardzo, ale to bardzo DZIĘKUJĘ. Daliście mi znacznie więcej niż Wasze głosy!

 

*Foto: Mój tata. Cyknięte mniej więcej w czasach Wyścigu w Workach. I ktokolwiek myśli, że na głowie mam plastikowy tamburyn, myli się – to korona ze szczerego złota. Uszanujcie wyobraźnię.

  • Monika Dąbrowska

    Bo czasem nie chodzi o to żeby złapać króliczka, ale o to żeby ciągle go gonić ;)

    Mnie się podoba jak sobie radzisz w tej gonitwie i oby tak dalej!

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Dziękuję! Chociaż raz na jakiś czas lubię coś złapać. Ale fakt – samo gonienie jest lepsze. ;)