Co ja pacze? Czyli focus na szczęście

usmiech3

Miałam kiedyś ogromny zaszczyt i chyba jeszcze większą przyjemność brać udział w warsztatach literackich, prowadzonych przez pana Marka Krajewskiego. Nie piszę tego, żeby się pochwalić (no dobra, kogo ja oszukuję, trochę też po to) ale przede wszystkim, żeby przytoczyć pewną rozmowę. Prowadzący zajęcia opowiadał akurat o pisarskich inspiracjach – jako przykład podał pewną wystawę sklepu z zabawkami. Leżały tam, za kratami, poupychane maskotki, jedna przy drugiej. Wyglądały jak stłoczone w celi. Dla niego, jako pisarza był to obraz, na którym można zawiesić fabułę kryminału, a przynajmniej jakąś emocjonującą scenę – te kraty a za nimi coś, co powinno leżeć w jasnym i radosnym pokoju dziecięcym. Od razu widział w tym książkę. Ja natomiast ożywiłam się z innego powodu – dla mnie to był fajny punkt wyjścia do reklamy społecznej. Zabawki w ciasnej celi – brzmi jak coś, co po przejściu przez solidną burzę mózgów mogłoby posłużyć za kanwę do kampanii dla Amnesty International, czy czegoś w tym stylu :) Ten sam obraz, dwa zawody, dwa różne spojrzenia.

Gdyby był tam producent mebli, zastanowiłby się czy może temu klientowi zaproponować jakieś lepsze rozwiązanie. Projektant wnętrz być może po prostu załkał by cichutko nad gustem sklepikarza – nie wiem. Jestem z kreacji i pierwsze na co mam nastawiony wewnętrzny „focus” (że tak z angielska pojadę) to szukanie czegoś, co mi się przyda w reklamach.

Wspomnienie tamtej rozmowy przyszło do mnie, kiedy czytałam wpisy na fejsie i blog Filipa Springera. Przyznam, że mam słabość do jego stylu. Pisze tak płynnie i lekko, że łyka się to bez popitki. A jednak jest smutny. Przerażająco smutny. Ludzie są w jego tekstach często ponurzy, czy chytrzy jak kierowca PKSu z grudniowego wpisu. Domy wręcz karykaturalnie brzydkie. Polska szara. Nie mówię, że tak nie bywa. Ale to w jakiś sposób jednowymiarowe. I ostrożnie zakładam, że pan Springer faktycznie widzi tak świat, bo właśnie tak nastawił swój focus, już w czasach znakomitej Wanny z kolumnadą, może wcześniej. To, co było niezbędne do pracy – wrażliwość ukierunkowana na określone bodźce – zdeterminowała jego postrzeganie rzeczywistości. Na ile moja ocena jest trafna – wie zapewne jedynie sam autor Wanny.

Jeden z niewielu rysunków Jana Kozy, które mnie nie śmieszą. Ja tak nie widzę Polski i już.

Jeden z niewielu rysunków Jana Kozy, które mnie nie śmieszą. Ja tak nie widzę Polski i już.

Pewne jest natomiast, że to całkowicie normalne. Jeśli kupisz samochód jakiejś marki, nagle okazuje się, że na ulicach jest ich mnóstwo (lub , że w ogóle są – to dopisek dla amatorów rzadkich okazów motoryzacyjnych :)). Nasza percepcja jest nastawiona na jakiś czynnik i koniec, szlus, będziemy go widzieć, póki nie przerwie tego jakiś inny króliczek, którego będziemy gonić z uporem maniaka.

Nie jestem psychologiem społecznym – choć ostatnio coraz bardziej kusi mnie, by to zmienić – sięgnęłam więc do mojego ulubionego źródła wiedzy, czyli zapytałam znajomych na fejsie, jaka jest naukowa przyczyna takiego koncentrowania percepcji. Odpowiedzi było sporo.Znajomi sugerowali między innymi efekt potwierdzenia i racjonalizację pozakupową. Pierwszy mechanizm wyjaśnia przykład Springera – jeżeli postawimy tezę, że Polska jest brzydka, to automatycznie, gdzie się nie rozejrzymy, widzimy brzydotę.Racjonalizacja pozakupowa zahacza natomiast o drugi przykład. Kupiłam samochód X, o proszę – nie jestem sama, inni też mają X, wszędzie X, czuję się bezpieczniej. W pewnych przypadkach nasz focus mogą także „ustawiać” mechanizmy zwane autowaloryzacją i autoweryfikacją. Tu jednak mamy do czynienia z ustawianiem ostrości na to, co potwierdza nasze przekonanie odnośnie własnego ja (tak najogólniej ujmując). Ciężko mi jednak ustalić, jak te wszystkie teorie mają się do przykładu podanego na początku. I chyba najbliższy faktycznie jest efekt potwierdzenia – tylko zamiast tezy potwierdzamy „bycie pisarzem”, „bycie copywriterem”. Inna teoria, która może mieć tu zastosowanie to teoria ekspozycji. Krótko mówiąc: to syndrom „lubię te piosenki, które znam”. Jeśli coś dociera do nas z różnych stron wiele razy, zaczynamy na to silniej reagować. I tak copywriter instynktownie reaguje na reklamy albo na inspiracje reklamowe, bo z tym ma kontakt non stop. I koniec – już Was więcej nie męczę teorią.

Pora natomiast na moje wnioski. I zarazem na coś, co pozwala mi zwykle psychicznie spadać na cztery łapy, zamiast na cztery litery. Jedziemy

Po pierwsze…

…jeśli jesteś w dole, na siłę patrz na to, co dobre i piękne. Do znudzenia. Poważnie. Nie mówię tu o tym, żeby jak te trzy małpki nie widzieć, nie słyszeć i nie mówić zła (chociaż to ostatnie akurat OK). Mówię o ratowaniu swojej d… gdy wpadasz w ten cały nastrój: „wszystko jest bez sensu a świat fatalny”.

Ostatnio czytałam felieton pisany przez weterynarza o tym, ze to zawód, który często kończy się psychicznym załamaniem na widok cierpienia zwierząt i głupoty ludzkiej. Nie znam danych statystycznych, ale jakoś wierzę na słowo. Podobnie, jak wierzę w to, że pracując w schronisku można dostać doła porównywalnego z Rowem Mariańskim (to z kolei słyszałam od kumpeli, też wetki). Codziennie widzi się ofiary ludzkiej głupoty i agresji, powoli nienawidzi się ludzi i świata. Bywa, że trzeba odwyku, żeby nie zwariować. Jak ja to robię? Znikam w lesie, gdzie ładuję estetyczne akumulatory. Czytam dobre książki i poezję. Oglądam obrazy. Wszystko jedno, byle było piękne. Staram się pamiętać dobre chwile i skupiać na nich. I – choć to trudne – udaje się pstryknąć w jakiś przełącznik w mózgu, że zaczynam widzieć to co piękne i dobre dookoła. Przykład? Chodzę czasem na takie dłuższe spacery z Mordoru (okolice Domaniewskiej, czyli warszawski Służewiec Fabryczny) do centrum Warszawy, albo na Żoliborz. Spory kawałek miasta. I nieustannie się zachwycam – a potem słyszę głosy, że przecież szaro, że brzydota, że brudno. I się dziwię. Ja widzę ładne parki, odnawiane kamienice, klimatyczne zaułki. Ktoś inny zobaczy menela w bramie i kontenery na zużyte ubrania. Zgadnijcie, kto po takim spacerze będzie miał lepszy nastrój?

Podobnie z ludźmi. Jeśli masz w towarzystwie pięć skwaszonych osób i jedną, która się uśmiecha i emanuje pozytywnymi fluidami, zacznij gadać właśnie z nią. Zobaczysz nagle, że jest więcej uśmiechniętych. I że generalnie jest OK :) Im większego mam doła, tym bardziej unikam ludzi, którzy opowiadają mi o tym jaki świat jest zły, jak im się nie udaje, jak się nic nie da. Przepraszam. Trochę wychodzi na to, ze radzę Wam traktować znajomych przedmiotowo. Ale jeśli jesteś w psychicznych opałach, po prostu czasem trzeba. Najpierw ratuj siebie, potem pomagaj innym.

I wreszcie ostatnia rzecz – media. Nie podam teraz źródła, niestety, pamięć mam zawodną, ale czytałam wypowiedź kogoś, kto usiadł ze swoją babcią a potem uważnie posłuchał, pooglądał i poczytał to, co ona. Wyszedł z tego eksperymentu zszokowany ilością jadu jaki codziennie sączono do uszu tej starszej pani. Ona dzień po dniu, żyła atakowana informacjami o tym, ze jest źle, że praktycznie trwa wojna, że wszyscy wokół się nienawidzą, że świat jest groźny a ludzie podli i źli. Codziennie, od rana. A że cały czas, z nudów skupiała się tylko na tym przekazie, zaczęła widzieć wszędzie jego potwierdzenie (zgodnie z „efektem potwierdzenia”, który opisałam w tym strasznie naukowym akapicie). Jak można wieść szczęśliwe życie, jeśli na każdym kroku towarzyszy ci strach i nienawiść? Nie wiem. Po prostu unikam pewnego rodzaju przekazu. Jestem święcie przekonana, że wiele osób, które twierdzą jak to w Polsce jest źle, jak to nic się nie da ani nigdy nie uda, padło ofiarą tego samego mechanizmu, co wspomniana starsza pani.

Innym słowem – jeśli masz swoje problemy, zrób odwyk od cudzych. Skup się na tym, co na świecie OK. Aż się uodpornisz. A potem i tak – mimo wszystko staraj się raczej patrzeć na życie, jak radzili mistrzowie

Po drugie…

…bądź kimś a nie pracuj jako ktoś. Mam wrażenie, że czymś mega pozytywnym jest znalezienie pracy, która sprawi, że sprawia ci frajdę patrzenie przez jej pryzmat. Lubię reklamy. Lubię słowa. Lubię ten moment kiedy wymyślam coś nawet dla własnej przyjemności. Przykład?

Siedzę i piję kawę „na mieście”, nudno jak cholera. Nagle patrzę na ludzi rozmawiających przy kawie. Okej, a gdyby to był villain i bohater? Czerwony kapturek i wilk? Muszkieterowie i Richelieu? Wszyscy, którzy mieli ze sobą na pieńku, na chwilę siadają przy wspólnej kawie. Bo tak powinny kończyć się opowieści.Dobra kanwa dla kampanii pokazującej kawiarnię jako miejsce, które łączy ludzi, zachęca do rozmów i bycia razem, niweluje podziały.

Jasne, jasne – to tylko ćwiczenie umysłu. Wyjeżdżanie z kampanią „z głowy” wyśmieje każdy spec od reklamy, bo pracuje się na konkretnym briefie i sztywnych danych. Dlatego od początku do końca wiem, że chodzi tylko o kreatywna stymulację. Ale jest to – uwierzcie mi – jedna z najmilszych mi stymulacji ;) I fajnie, że ćwiczenie umysłu w tym stylu przydaje mi się do pracy. Kto inny może widzieć wszędzie wyzwania prawne, albo cyfry, albo zestawienia barw czy faktur do wykorzystania w grafikach. Nie wiem. Wiem kim jestem ja i że całkiem mi się to podoba. I gdyby nagle zmuszono mnie do bycia księgową, to raz, że współczuję firmie, która wpadłaby na pomysł zatrudnienia mnie, a dwa, że współczuję sobie. Bo nie wyobrażam sobie siebie, przerywającej kawiarnianą nudę liczeniem słupków. Pracowałabym jako księgowa, ale nie byłabym księgową. To cholernie smutny układ, tak męczyć się w pracy, która jednak zabiera lwią część dnia. Jeśli czujesz, że patrzysz na świat z perspektywy księgowego a los rzucił Cię do innego zawodu, pomyśl – może jeszcze nie jest za późno?

I tyle.

A jeśli coś się nie powiedzie, na skargi i zażalenia, mam dla Was tylko jedną odpowiedź SOA #1,

Zabawne, u mnie działa.

Poważnie, działa. Wybaczcie teraz chwilę prywaty, ale to w końcu blog a na blogi naście lat temu mówiono, że to taki „internetowy pamiętnik” (ktoś to jeszcze pamięta?). W ostatnim wpisie wspominałam, że ten rok był dla mnie wyjątkowo niefajny. I nadal jest. Problemy jeszcze nie zniknęły, ale wróciła siła na ich pokonanie. Pomogło mi sporo bliskich osób i dwa bliskie koty. Ale także podejście do świata, takie jak prezentuję Wam w tym wpisie. ;) Więc jeśli jesteście teraz w dole głębokości Rowu Mariańskiego i kopiecie sobie w nim dodatkowo małą, wesołą pogłębiarką, to ten wpis jest dla Was podwójnie. I ja – w razie czego – też.

Znajdziecie mnie bez problemu. Zapraszam na fejsa i tłitera (ikonki na głównej) a także maila sloganopis(at)sloganopis.pl

 

Źródło obrazków:

Główny: Ja, ten niżej: Polityka.pl (rys. Jan Koza)

  • Monika Dąbrowska

    Wiedziałam, że dasz do myślenia ;) Wezmę sobie do serca i będę pamiętać o patrzeniu na to, co dobre i piękne (choć to trudne, bo będąc w dołku ma się ograniczone pole widzenia). Na szczęście teraz mam wyżyny ;)

    Długo myślałam o tym wszystkim, co napisałaś (bo tekst przeczytałam wczoraj). Mam trochę osobistych przemyśleń – dziękuję :)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      „w dołku ma się ograniczone pole widzenia” – fantastycznie wieloznaczny tekst :) Dzięki za komentarz i cieszę się, że dałam do myślenia.

  • Pyszczq

    Gdzieś kiedyś widziałam plakat „Jeśli pewnego razu znajdziesz się w dołku z łopatą w ręce – po pierwsze: przestań kopać”. Ty dorzucasz: „wyjdź i spójrz na słońce”;-) Ludzie sami się nakręcają. Pozytywnie czy negatywnie. Dla kogoś w trybie „ofiary” (codzienne doświadczenie z kimś bliskim, niestety), kolejna niedogodność życiowa to problem i potwierdzenie tego, że świat zły i niesprawiedliwy. Dla kogoś innego to gotowy w 2 min plan działania i dodatkowy „check” na liście rzeczy do zrobienia. „Trawa jest bardziej zielona tam gdzie ją podlejesz” (ehh to „sloganopisanie”:p) #cheesy

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Ten fragment Twojego komentarza: „Gdzieś kiedyś widziałam plakat „Jeśli pewnego razu znajdziesz się w dołku z łopatą w ręce – po pierwsze: przestań kopać”. Ty dorzucasz: „wyjdź i spójrz na słońce”” jest w zasadzie doskonale ujętą misją tego bloga. :) Dzięki Ci wielkie za to! Sama byłam w czarnych momentach i ktoś pokazał mi w sprytny sposób słońce. Mam nadzieję, że spłacę ten dług :)

  • Pingback: O przyjaźni | Sloganopis