Czterdziesty kilometr

MARATON

Na początek wyjaśnienie: nie lubię biegów ulicznych. Za dużo ludzi, za dużo planowania (start o tej a o tej, trasa tędy a tędy, tempo takie a takie). Kiedyś lubiłam, kochałam tę adrenalinę rywalizacji, ale mi przeszło. I nie pytajcie dlaczego. Jedyna odpowiedź jaką znajduję to nieco grafomański cytacie z Budki Suflera „nie wiem ciągle dlaczego zaczęło się tak, czemu zgasło też nie wie nikt” Ale zgasło i już. Teraz lubię biegać po lesie, bez planu treningowego, założeń dotyczących prędkości, trasy czy czasu: jak wyjdę to wyjdę, jak wrócę to wrócę. Ograniczają mnie tylko zawodowe/rodzinne/towarzyskie zobowiązania. Czyli i tak sporo. Wystarczająco, żeby nie dokładać sobie kolejnych.

Ostatnio pobiegłam w półmaratonie, tylko po to, żeby ostatecznie stwierdzić: to nie dla mnie. Odpuszczam sobie ulicę, zostawiam las i rywalizację ze sobą samą. Poza jednym –€“ królewskim dystansem. Z nim nadal będę się mierzyć w oficjalny sposób. Bo maraton to dla mnie coś znacznie więcej niż bieg. To rodzaj duchowego przeżycia. Nie, w żadnym razie nie religijnego, ale na pewno wiąże się z tym filozoficznych rozważań i jakaś duchowa głębia.

Ze wszystkich stanów, jakie przeżywa się na trasie (a są to stany przeróżne: od euforii, przez wzruszenie, po wściekłość, czy totalną bezsilność), najbardziej lubię „czterdziesty kilometr”. To nie stan, powiecie? No to lecimy.

Jeśli choć trochę poczytacie o maratonach, dowiecie się, czym jest ściana. Część publikacji wskazuje, że to moment, w którym biegaczowi kończą się zapasy glikogenu, zaczyna się spalanie tłuszczy, co z wielu skomplikowanych powodów idzie dużo oporniej. Inne dowodzą, że to tylko psychologiczna bariera, zbudowana na legendzie i autosugestii. Która wersja jest prawdziwa? Nie znam się, to się nie wypowiem. Tak czy siak owa ściana ma występować koło trzydziestego kilometra maratonu. Piszę „ma” bo sama jej nie doświadczyłam. Co nie znaczy, że nigdy mnie to nie spotka. Biegnąc maraton zawsze trzeba być gotowym, że „po trzydziestce” zacznie się prawdziwa jazda (trochę, jak w życiu, nie?). Trzeba mieć strategię, być przygotowanym. Inaczej możesz skończyć, jak ci, którzy potem opowiadają, że nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa, że ciało stało się obce i przestało ich słuchać, że w głowie huczało tylko jedno słowo „stój!”.

Nawet bez osławionej ściany kilometry 30+ są ciężkie. Przynajmniej dla mnie. Koniec z euforią, początkowo biegnie się trochę jak maszyna, potem wkrada się zmęczenie, nawet poczucie odrealnienia i wielkie „co ja tu do cholery robię”. I wtedy zaczyna się walka. Już nawet nie z rywalami na trasie. To byłoby chyba łatwiejsze. Trzeba wygrać z samym sobą. To wojna, która zaczęła się już na treningach ale decydująca bitwa rozgrywa się tu i teraz. Mózg, jako najbardziej paliwożerny, odcina ciału energię, a ty musisz mentalnie podkręcać całą tę maszynerię, żeby stało się  dokładnie odwrotnie. Nawet bez ściany, każdy krok może być wyzwaniem. Trzeba wizualizować sukces, odwracać swoją uwagę od biegu, samemu się motywować na najprzeróżniejsze sposoby. To pieruńsko ciężka walka. I trwa 10 kilometrów. Nie wiem, w ile wy pokonujecie tę odległość ale mi zajmuje to nieco mniej niż godzinę. I od circa trzydziestego kilometra, każda minuta tej godziny to mała walka.

A potem pojawia się on – czterdziesty kilometr. Tajemniczy przełom. I  nagle wszystko staje się doskonale jasne i proste. Jeśli biegniesz, to wiesz, że dobiegniesz.

To ten moment, w którym nie ma jeszcze satysfakcji z przekroczenia mety, ale jest realna jej zapowiedź. Świat jakby na chwilę zwalnia, pięknieje, jesteś ty i zapowiedź szczęścia, które jest już w zasięgu, za chwilę. I wiesz, że będzie, więc możesz celebrować sięganie po nie. Chwila na mecie to błysk, sekundy, które umykają za szybko. Za to ten dwukilometrowy odcinek to kilka/kilkanaście minut, dość by się napawać radością. Smakować ją.

I wcale nie trzeba być maratończykiem, żeby doskonale wiedzieć, czym jest czterdziesty kilometr.

On pojawia się w życiu non stop. Tylko trzeba umieć go wyczuć.

To to wspomnienie z dzieciństwa, kiedy czekanie na Mikołaja było fajniejsze niż same prezenty.

To ten moment, w którym po zakuwaniu godzinami do ciężkiego egzaminu, widzisz arkusz pytań i wiesz, że znasz odpowiedzi. Wszystkie.

To ta niesamowita chwila, kiedy wiesz, że jednak tak, ten fantastyczny facet za chwilę cię pocałuje po raz pierwszy (wiec warto było stać tyle czasu przed lustrem i szafą, do cholery, tak!). Nie wiem, jak wygląda wersja męska tego fenomenu, więc zostańmy przy mojej. :)

To dźwięk długo wyczekiwanego telefonu, albo urzędowy list z potwierdzeniem czegoś, o co starasz się miesiącami.

W kreacji to chwila, że wiesz, wiesz NA PEWNO, że masz dobry pomysł, że ta kampania będzie genialna, nawet jeśli jest druga w nocy a ty właśnie spisujesz koncepcję w notesie leżącym przy łóżku (więc przed tobą jeszcze długa droga do sprzedania pomysłu klientowi).

Zakładam, że dla wielu to także ten moment, kiedy już prawie wiesz, a przynajmniej czujesz. że będziesz mieć dziecko po długich staraniach, ale czekasz na wynik testu.(Tak przynajmniej mogę się domyślać. Chociażby po znajomych i przyjaciołach wnoszę, że dziecko to największe szczęście świata, więc gdzieś tam musi po drodze być miejsce na czterdziesty kilometr).

I wreszcie, to drobiazgi: nawet moment między tym, kiedy wyjmujesz z piekarnika jakieś supertrudne w przygotowaniu danie i już wiesz, że się udało. Choć do pierwszego kęsa jeszcze chwila.

No właśnie, mówi się, że między ustami a brzegiem pucharu może się wiele zdarzyć. Ale czterdziesty kilometr to nie stan, w którym przeczuwasz porażkę. Jasne, że zawsze można się wykopyrtnąć, facet może zmienić zdanie, Mikołaj przynieść wełniane rajstopy, telefon oznaczać złe wieści, i tak dalej. Ale mimo wszystko, nasze czterdzieste kilometry to chyba najlepsze momenty w życiu. Bez nich walka nie ma sensu, a zwycięstwo chyba nie smakuje tak dobrze. Życzę Wam ich jak najwięcej.

A ja póki co planuję swój najbliższy maraton na koniec kwietnia. I kiedy na trzydziestym kilometrze jakiś głos w głowie zacznie mi smęcić „co ty tu robisz”, będę na pewno wiedziała, że biegnę dla tych ostatnich dwóch kilometrów, stu dziewięćdziesięciu pięciu metrów, które zaczną się „po czterdziestce”.

I dla bezy. Wielkiej bezy z truskawkami. Bo ja cholernie lubię bezy.

 

 

Fotka: robił mój przyjaciel Paweł, ale ja przerabiałam, więc w razie jak się nie podoba to hejty na mnie. Pokazuje metę, bo z czterdziestego jakoś nie mam. Ale pożyjemy…

  • http://32ants.com/ blados

    To jest dobrze napisane.

    Nie przepadam za bieganiem, bo pot zalewa mi oczy i cala reszte. Chociaz zeszlego lata w czasie imprezy dalem sie namowic na bieg przez las z trenujacym do maratonu wlasnie. Ranek po baletach to nienajlepsza pora ale skoro sie powiedzialo, ze pobiegne to stawilem sie o wyznaczonej porze oraz miejscu.

    I pobieglem. Prawie frunalem. Az glupio sie czulem, ze dotrzymuje kroku (biegu?) temu trenujacemu. On byl zdzwiony tak samo jak ja. 10 kilometrow peklo niewiadomo kiedy a ja od tamtej pory nie przebieglem ani metra.

    Nie ma moralu. Tak mi sie skojarzylo =) Pozdro600!

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Najlepsze są historie bez morału :D ps. pot to tylko latem, zimą mogą na ten przykład zamarzać oczy (rzęsy pokrywają się lodem a potem przy każdym mrugnięciu dolne przymarzają do górnych – piękna sprawa). Też bez związku ale OK :) Taka impresja. I dzięki za miłe słowa.