Akcja dewaluacja

Dziesięć lat pracy za mną. Nie liczę wcześniejszego dorabiania sobie sprzedażą kosmetyków, pisania do lokalnych gazet czy sporadycznych zleceń „za czekoladę” (co ciekawe za taką walutę pisałam mroczne, gotyckie teksty). Dekada w branżusi.

Zaczynałam jako project manager pewnego portalu, w czasach, gdy normą było łączenie się przez modem. Potem stopniowo zmieniałam firmy i stanowiska aż zostałam ku własnemu niezmiennemu szczęściu dyrektor kreatywną. I jako taka zyskałam przywilej (tak!) wzięcia pod swoje skrzydła praktykanta. Niestety za przywilejem nie poszły pieniądze i staż jest darmowy. Ale heloł, w sumie dlaczego „niestety”? Szczerze mówiąc staż powinien być darmowy. I zanim rzucisz kamieniem, przeczytaj, proszę, dlaczego tak uważam.

Przez te dziesięć lat, o których wspomniałam, wydałam z własnej kieszeni 6000 na studia podyplomowe. Dodatkowo, pewnie ponad połowę tego kosztowały mojego pracodawcę szkolenia, jakie przeszłam (doceniam to, dzięki!). Udało mi się też wygrać w konkursach albo wyśledzić okazyjnie kursy, za które zapłaciłabym krocie (ale przy odrobinie sprytu skończyło się na opłacie za dojazdy, hotele i materiały szkoleniowe). Około 2000 złotych poszło też przez te 10 lat na specjalistyczne publikacje. Trudno, wiedza kosztuje. Tylko ta podstawowa jest za darmo, a i to (jak wie każdy rodzic kupujący podręczniki i tzw. wyprawkę) po prostu często powtarzany bullshit.

I teraz właśnie tą wiedzą, na którą wydałam ciężkie pieniądze, którą okupiłam godzinami wkuwania i latami doświadczenia zawodowego, chcę się dzielić. Za darmo. Dla „swojego” praktykanta przygotowałam listę lektur (zamierzam jej/mu te lektury regularnie wypożyczać) i cykl mini wykładów. Chcę, żeby dziewczę lub chłopczę towarzyszyło mi podczas spotkań kreatywnych nie po to by wyssać z niej/niego dobre pomysły, ale by nauczył/a się jak takie brejnstormy wyglądają. I żeby odważył/a się zabrać czasem na nich głos (to niesamowicie ważne – znam hiperkreatywnych ludzi, którzy nie robią oszałamiających karier tylko dlatego, że wstydzą się przedstawiać własne pomysły. Ogromna strata i dla nich, i dla reklamy). Chcę też jej/jemu pomóc odpowiedzieć na pytanie, czy reklama to właśnie TO. Bo wiem doskonale, że młodzi ludzie w zderzeniu z briefem, poprawkami w stylu Junior Brand Managera czasem po prostu wściekają się albo całkiem poddają. Część z nich żyje w przekonaniu, że w agencjach pracują idioci. „Ja zrobiłbym to lepiej”. Kiedy zaczynają pracować, ten punkt widzenia się zmienia: nagle okazuje się, że target chce czegoś innego niż się wydawało, marka ma taką a nie inna strategię, dane medium ma swoje wymagania, klient ma swoją wizję, a grupa fokusowa swoje zdanie. I trzeba lepić z całkiem innej gliny niż się planowało. To trudne. To bolesne. To czasem bardziej przypomina fabrykę niż atelier artysty. Ale to właśnie nasza praca. I potrafi być tak piękna, że się łza w oku kręci.

Wszystko to chcę pokazać stażyście.

Gdybym nazwała to dwumiesięcznym kursem, w którym wykłady połączone są z warsztatami, nikt nie zdziwił by się, że zaśpiewałabym za to kilka-kilkanaście tysięcy od jednego uczestnika. Ale że nazywamy to stażem, dowiedziałam się, że jestem bezczelna składając studentom taką ofertę.

Powtórzę jeszcze raz – osoby ze sporą wiedzą (jest nas w zespole szczęśliwa trzynastka, sądzę, że każdy coś jemu/jej przekaże) chcą dzielić się doświadczeniem, ja przygotowuję cykl wykładów i odpowiednie lektury. Dodajmy do tego jeszcze darmowe uczestniczenie w warsztatach (czyli de facto w spotkaniach kreatywnych). Ach – i jeszcze szkolenia, które za darmo organizuje kolega, znakomity strateg, dla wszystkich chętnych pracowników korpo. Tyle dobrego. I dostaję za to cięgi bo nie płacimy.

Ręce mi opadły i cała reszta też.

Ale potem zaczęłam myśleć, jaka jest tego przyczyna. Tego, że wrzucając ogłoszenie o stażu na Fejsa spotkałam się z kilkoma bardzo nieprzyjemnymi komentarzami (i wieloma miłymi – dzięki ju-noł-hu-ju-ar). Po prostu przede mną ktoś schrzanił „rynek”. I faktycznie spotkałam się kiedyś na gruncie pozazawodowym z bezczelnym menadżerkiem, który przyznał, że „studenciki” są jego darmową siłą roboczą, która ogarnia mu sporą część zadań w firmie. „Zap…ają za friko” – zapewnił uradowany, wzbudzając moje obrzydzenie. Innym razem dowiedziałam się, że pewna duża spółka również z zasady traktuje studentów jako darmowe zasoby. W efekcie słowo „staż” może zacząć kojarzyć się pejoratywnie. I za moment faktycznie poszukiwanie studentów będzie bezczelne. Naiwnie sądziłam, że to jeszcze nie ten moment. I chyba podobnie myśleli kandydaci, którzy jednak nadesłali swoje CV na moje ogłoszenie.

W pewnym momencie rozpaczy pomyślałam nawet, że cwaniaki, takie jak wspominany menadżerek, za chwilę zdewaluują wszystko. Nie tylko staż.

Spójrzcie na maturę – dawniej powód do dumy, dziś zwykły papierek. Magister? Och proszę was… Ostatnio widzę, że próbuje się odebrać nawet maraton, tym, którzy go przebiegli. Po Orlen Warsaw Marathonie pojawiło się wiele twittów i facebookowych statusów osób chwalących się, że przebiegły „marathon w godzinę”. Świetny wynik, zważywszy, że najszybsi tego świata nie złamali jeszcze bariery dwóch godzin. Okazuje się, że ten ich „marathon” to było 10 kilometrów, czyli dla maratończyka odległość, na której nie ma jeszcze prawa się zmęczyć. Zresztą o czym ja w ogóle piszę, to całkowicie inne biegi. I nie, nie uważam, żeby dyszka była zła. To morderczy wysiłek, jeśli chce się zrobić dobry czas. Po prostu nie chcę dewaluacji maratonu, dystansu który darzę szacunkiem. Tak, jak nie podoba mi się, co się dzieje z maturą, studiami i wreszcie stażami.

piekarczyk

Pomnik małego czeladnika z Elbląga. Poza tym, że uczył się na piekarza,

zdążył obronić miasto przed Krzyżakami. Dziś ma bieg swojego imienia -

- pełne dziesięć kilometrów ulicami ocalonego miasta. Brawo, mały.

Wszystko to ma jakiś wspólny mianownik: są nim ci „menadżerkowie”. Ludzie, którzy naciągają pewne rzeczy, dewaluują je, są po prostu zbyt leniwi by się zmierzyć z nimi takimi, jakie są. Przedwojenna matura byłaby dziś zbyt trudna, więc daje się w jej miejsce produkt mocno uproszczony. Dawne studia były dla prawdziwych elit intelektualnych, dziś (i to dziś trwa od wielu lat, żeby nie było że jestem z niewinnego pokolenia) to już niewielki problem. Maraton za trudny? Można się podbudować pisząc, że się go przebiegło, mimo że ma się za sobą 10 km. I wreszcie darmowy staż to dla niektórych cebulaków darmowa siła robocza a nie coś w rodzaju wzięcia ucznia na termin.Bo posiadanie czeladnika oznacza, że trzeba zachować się jak mistrz. A to dla „menadżerków” za dużo pracy. Po co się męczyć, jeśli można nagiąć rzeczywistość do swoich niskich standardów.

Zdałam zbyt łatwą maturę. Przeszłam przez zbyt łatwe studia, ale gdzieś po drodze nauczyłam się doceniać wysiłek. Dlatego przebiegłam 42 km 195 m. I dlatego wyszkolę stażystę/tkę na reklamówkę/reklamiarza. Nawet jeśli kiedyś, dostając setne poprawki od Junior Brand Managera mnie za to przeklnie :)

 

Źródła obrazków

w slajderze: http://commons.wikimedia.org/wiki/Category:School_children_in_art#mediaviewer/File:Thomas_Brooks_Der_neue_Sch%C3%BCler_1854.jpg

w tekście: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Elbl%C4%85g_023_Young_Baker%E2%80%99s_Journeyman.JPG?uselang=pl

  • blados

    A to niespodzianka, piekarczyk z rodzinnego miasta =) A standardowy komentarz zabrzmi banalnie – ludzie w wiekszosci nie doceniaja tego, co otrzymuja za darmo. Trzymam kciuki aby osoba spod Twojego skrzydla docenila wiedze + doswiadczenie + zaanagazowanie i wyszla na ludzi. A na samym koncu stazu podziekowala (moze nawet z czekoladowym zalacznikiem).

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Zgadzam się. To wcale banalne nie jest. I działa w obie strony. Wspomniany „menadżerek” nie szanował swoich „darmowych studenciaków” a studenci często nie

  • Ewa Derek

    Świetny wpis. Przepracowałam trochę na darmowych (czasem półdarmowych) praktykach, stażach i wolontariatach i zdecydowanie niczego nie żałuję. Każde doświadczenie czegoś uczy, nawet jeśli jest to niespodziewana (jedna niezwykle cenna!) wiedza typu „ta branża/firma jest zdecydowanie nie dla mnie”. Trzymam kciuki za stazystę/tkę w Twoim zespole!

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Mam dokładnie takie samo spostrzeżenie. Plus jeszcze jest jeden aspekt – znajomości. Często narzeka się, że dziś praca to tylko z polecenia. Taki stażysta może sobie przez miesiąc-dwa znaleźć u nas kilka osób, które kiedyś mogą jej/mu pomóc.:)

  • Lanthsky

    Takie podejście do staży jest bardzo cenne i warte promowania, a przytoczone przykłady menadżerów to skrajności, niestety dość powszechne w Polsce.
    Jednak w tym opisie zupełnie pominęłaś faktyczną część stażu – pracę stażysty. Przez okres bycia w firmie, nie będzie tylko uczestniczył w brainstormach i czytał poleconych przez Ciebie lektur, a tak wyglądałby dwumiesięczny kurs.
    Osoba, która przychodzi do Ciebie na taki staż przede wszystkim jednak robi risercze, pisze jakieś pisma, drafty materiałów, sprawdza bazy, dzwoni. Robi pracę wstępną. Z punktu widzenia firmy i całości końcowego efektu wartą niedużo, jakkolwiek możliwą do wycenienia. Szczególnie, że wykonując kwotowo mało wartą pracę, oszczędza Twój czas, który jest już znacznie bardziej cenny. Dlatego uważam, że nawet jeśli to, co stażysta da Twojej firmie warte jest tylko kilka stów, to należy mu te kilka stów dać.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Pominęłam bo i my pominęliśmy tę faktyczną część stażu. Poważnie. Nie zlecaliśmy pracy wstępnej – nie było draftów, dzwonienia itp. Za zgodą obu stron powstało kilka prostych projektów, które potem stażysta może wykorzystać w swoim portfolio, ale nie był to żaden obowiązek, cały czas podkreślaliśmy – nie musisz nic. Możesz pytać, podglądać, „bawić się” oprogramowaniem jakie Ci udostępniamy, ale nie musisz nic. Nie chcę zagłębiać się tu w szczegóły bo to nie tego typu miejsce, ale świadomie dopilnowaliśmy, żeby obie strony nie miały poczucia, że zostały oszukane. I jestem na bank przekonana, że mi to wyszło. Co do czasu to weź pod uwagę, że kiedy stażysta trenuje na projekcie to czasem udzielanie mu merytorycznych uwag, wskazywanie jak zrobić, żeby było super pochłania więcej czasu niż stażysta poświęcił na swoje działania.

      • Lanthsky

        To faktycznie zupełnie co inne. Sytuacja z jaką się nie spotkałem :)

  • johnsonek

    Byłem na trzymiesięcznym stażu w dziale Marketingu i PR jednego z największych portali internetowych w Polsce, mimo, że każdy mi to odradzał (bo za darmo, bo wykorzystają itp.). Nie żałuję – była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Masa bezcennej praktycznej wiedzy, nabywanie doświadczenia w zróżnicowanych ambitnych zadaniach, kontakty i… pierwsza poważna praca zaraz po zakończeniu praktyk, co prawda nie w samym portalu, ale mój przełożony z praktyk polecił mnie jako solidnego pracownika do innej firmy, w której mogłem się dalej rozwijać. Gdyby nie te praktyki, z pewnością bym tam nie trafił (o nabytych nowych. przydatnych umiejętnościach nie wspominając). Bardzo dobry tekst!

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Dzięki za dobre słowo! Zgadzam się, że opłaca się dla wiedzy a jednocześnie dla dalszego polecania. Znajdowanie pracy „po znajomości” nie musi być złe, o ile na te znajomości też sobie zapracowujesz – np. właśnie podczas stażu.