Dlaczego nie czytam książek?

SanDiegoCityCollegeLearningResource_-_bookshelf

Początek roku to czas podejmowania wyzwań (nie pomyliłam dat – to nie będzie wpis o nowym roku). Dlatego sporo osób dołączyło do TEGO wydarzenia na fejsie. I OK. Ja olałam. Szkoda mi czasu wyłącznie na książki. Zupełnie inaczej pojmuję odbieranie kultury. Nie chodzi już nawet o to, że niektórzy rozumieją to wyzwanie, jako przyzwolenie na zatopienie się w dziełach, takich jak Pisiont Twarzy Greja. Nie chodzi też o zaliczanie kolejnych pozycji (choćby nie wiem jak ambitnych), byle zaliczyć. Chcę Wam raczej polecić obieranie kolejnych warstw kulturowych, aż dotrzecie do sedna, czymkolwiek by ono nie było. Żeby było jaśniej – oto przykłady:

Tak się składa, że jakoś w tym roku będzie 20 lat, odkąd jestem wierną fanką Iron Maiden. Usłyszałam, pokochałam i dalej mnie trzyma. Ale dziś nie o miłości fanowskiej, choć to temat rzeka. Właśnie na przykładzie Maiden bez problemu mogę pokazać Wam dlaczego czasem czytanie książek na czas bywa, no właśnie,€“ stratą czasu.

Pamiętam, jak zasłuchiwałam się kiedyś w Chemical Wedding – solowym albumie wokalisty mejdenów, wszechnajlepszego Bruce’a Dickinsona. Kilka dobrych godzin słuchania „na okrągło”, wczytywania się w teksty i szukania w nich inspiracji. Potem szperanie po bibliotekach (takie to były smutne czasy, rok 1998, że nie miałam jeszcze w domu netu, ani nawet kompa) i to tych stołecznych (czyli z dojazdem), żeby spędzić kolejnych kilka godzin z książkami, głównie historycznymi, poświęconymi  alchemii (o niej częściowo traktuje ten album). I wreszcie po cytatach i obrazku na okładce płyty doszłam do Williama Blake’a.

Blake_Dante_Inferno_I

Na tym obrazie Blake’a, Dante ucieka przed bestiami piekła. Wolę wyobrażać sobie, że Wergiliusz (ta postać w bieli) mówi mu raczej „Ej stary, ogarnij kocurki. Cyknij focie na insta  (#cat #cats #cute #killens #purr #wild #scary) a nie cebulę odwalasz”. Czy jakoś tak. 

Tu najpierw spędziłam piękne godzinki nad jego obrazami (próby odgadywania symboli, ciekawość kreski, doboru kolorów). Potem odkryłam wiersze. Nie udało się niestety zdobyć ich wówczas na własność w wersji polskiej, więc siedziałam kolejne godziny próbując tłumaczenia (niestety dostałam gorzką lekcję pokory: nie umiałam przebrnąć przez oryginalną ortografię i gramatykę Blake’a, nie mój lvl). I wreszcie (choć to już po latach) obejrzałam film klasy B (B? to było co najmniej R) pt. Chemical Wedding do którego rękę przyłożył ten sam Dickinson, który popełnił ów inspirujący album. Mamy więc muzykę, książki, malarstwo, wiersze i wreszcie film. Od jednej inspiracji gładko przechodzi się do drugiej, od jednego nośnika do całkowicie innego. A na każdy trzeba czasu. Sporo czasu.

Z kolei sami Maideni zainspirowali mnie do przeczytania Diuny i obejrzenia jej filmowej (dla mnie niestrawnej) adaptacji (utwór To tame a land), sprawili, że prześledziłam nieco historycznych opracowań (Alexander the Great), czy wreszcie skłonili mnie do poczytania brytyjskich romantyków (The Rime of the Ancient Mariner - przy okazji poległam też przy tłumaczeniu Coleridge’a, mój angielski jest na wskroś nowoczesny i korporacyjny). Nie wspomnę już o dziesiątkach idiotycznych fanfików, które pisałam na bazie ich piosenek (wszystkie poszły do kosza, gdzie było dla nich stosowne miejsce, ale i pomogły mi się „rozpisać”, z czego do dziś korzystam). Dzięki Maiden, dzięki Bruce!

Inny przykład i inna miłość muzyczna to Gogol Bordello (polecam; szczerze mówiąc pojęcia nie mam dlaczego ten band nie zdobył mejdenopodobnej popularności; więcej – dużo mądrzejsi ode mnie też nie wiedzą). Pierwsza inspiracja,€“ już w samej nazwie: po przesłuchaniu kilku albumów (i zakochaniu się w nich na amen), przyszedł czas na przypomnienie sobie samego mistrza Gogola. Niestety poprzestałam na lekturze, a powinien być teatr.

Czyli jest muzyka, jest książka… czas na film. Na fali entuzjazmu zdobyłam trzy filmy z wokalistą Gogoli, Eugene Hützem. Pierwszy – Wszystko jest iluminacją Jest bardzo, bardzo nierówny, ale polecam, choćby po to, żeby skonstatować, że jakoś lepiej, uczciwiej radzimy sobie z demonami przeszłości niż Ukraina. Oraz dla sceny pokazującej wizytę wegetarianina za naszą wschodnią granicą i innych komediowych momentów. Drugi, filmowy debiut Madonny: poza muzyką, w sumie nie wart wzmianki. Ale na niedzielne popołudnie może być.  I trzeci: The Pied Piper of Hützovina – dokument. Dobry dla fanów Hütza, ale generalnie ślizgający się po powierzchni tematu Romów. No właśnie Romowie. Od Gogoli łatwo przejść do ich muzyki (i tu zatonąć na długie godziny), albo chociaż, do czytania Papuszy (w planach mam jeszcze obejrzenie filmu o niej i przeczytanie biografii).

Ale wróćmy do rdzenia, czyli Gogol Bordello. Strona zespołu zaprowadziła mnie do teledysku:

Stąd już, jak możecie się domyślić, widząc mój schemat obcowania z kulturą, tylko krok do przypominania sobie wielkich malarzy. Których?€“ To już możecie traktować jako zadanie domowe ;) Więc znów, kilka godzin z nosem w albumach. Książki wtedy leżały odłogiem (bez szans na „52 w roku”) a€“ ja słuchałam i oglądałam.

Kolejny raz – muzyka, malarstwo, poezja, książka, film a jak ktoś chce to i teatr da się podpiąć. Mało? Zdecydowanie nie. To wiele cennych godzin z kulturą.  Niekoniecznie książką. Na książki przyjdzie czas w innym tygodniu. Może „połknę” wtedy trzy. A może w tym roku moje inspiracje pokierują mnie w taką stronę, że więcej będę słuchać, czy oglądać. Nie wiem. Nie zakładam niczego z góry. Niech się dzieje!

Kultura to dla mnie nie długa prosta z 52 książkowymi przystankami. To rondo w centrum miasta.€“ Gdzie się nie obrócisz, masz masę możliwości. Całkowicie różnych, choć zaczynasz podróż za każdym razem w tym samym punkcie. Odkrywanie wszystkich opcji, jakie masz, to tylko kwestia wolnego czasu. No właśnie. Jeśli ktoś ma czas, by czytać książki, przeglądać albumy, słuchać muzyki, chodzić do teatru i kina, tłumaczyć poezję i co tam jeszcze chcecie a przy tym wyrabia się z pracą, obowiązkami czy treningami, to spoko. Challenge accepted. Ja muszę wybierać. I wybieram swój chaotyczny sposób obcowania z kulturą. Nawet, jeśli to znaczy, że od kilku wieczorów czytam tylko komiksy, które z kolei prowadzą mnie do tego, żeby obejrzeć cykl filmów pewnego reżysera, a potem…

ps. Już po zaczęciu pracy nad tym wpisem miałam przyjemność poznać jednego z Twórców, których szanuje na überpoziomie. Okazało się, że realizuje Postanowienie 52 i je chwali. Doceńcie, ile kosztowało mnie postawienie się autorytetowi.

ps2. W naszej kulturze docenienie wyraża się lajkiem lub/i komentarzem :D

 

Źródła obrazków  -Wikimedia i jeszcze raz Wikimedia

 

  • http://kulturawplot.pl/ KWP

    „Kultura to dla mnie nie długa prosta z 52 książkowymi przystankami. To rondo w centrum miasta.€“ Gdzie się nie obrócisz, masz masę możliwości. Całkowicie różnych, choć zaczynasz podróż za każdym razem w tym samym punkcie”. – bardzo mnie to porównanie uwiodło.

    I rozumiem takie podejście po stokroć. Jednak, jeśli ktoś ma zbyt wiele możliwości wyboru, to najczęściej nie wybiera niczego. Mi najłatwiej robić wszystko z deadlinem wiszącym nad głową. Dlatego też najwięcej kultury chłonę, kiedy wiem z ilu dań będzie się składać.

    Dla przykładu. W tym roku wykupiłem roczny abonament Netfliksa. Mam do wyboru setki tysięcy filmów i odcinków seriali. Wiesz ile udało mi się przez 3 miesiące zobaczyć? Cztery. Koszmar dostatku.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Ja mam z kolei takie dwie „kupki wyrzutów”. Jeden stos przy łóżku – książki, komiksy i magazyny historyczne; drugi przy DVD – filmy kupione „to se w sobotę obejrzę”. Ale zgadzam się – deadline czyni cuda i w tej kwestii „52 w roku” może przynieść dobre rezultaty. I dzięki za miłe słowo! :)

    • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

      Bo wy do tego źle podchodzicie. Ja działam systematycznie według planu i zapoznaję się tytuł po tytule. Sezon po sezonie. Mam Netflixa, Hulu, filmy na VOD, książki w Legimi, komiksy i całość zorganizowaną jak w fabryce :)

      • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

        Ejno, ale kultura to szał uniesień a nie fabryka. :D

        • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

          Moja fabryka jest pełna uniesień np. ostatnio prawie płakałem na „Interstellar”. Razem z Anne Goaway, która tam ciągle ryczy, więc nie mów mi, że w moim zakładzie nie ma uniesień. Jest ich cała masa :)

          • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

            Chciałabym to merytorycznie skomentować, ale i tak zawsze rozpływam się nad frazą „moja fabryka jest pełna uniesień” :D

  • http://mydloipowidlo.blogspot.com/ karolina.ja

    Ja do wyzwania dołączyłam, ale głównie dlatego, że z góry wiem, że tyle książek preczytam na pewno. Chyba Joanna Papuzińska napisała, że bibliotekarz, który czyta mniej nż 50 książek rocznie to jak analfabeta. ;) Taki zawód, a ja taka biedna, taka zmuszana ;)
    No ale pożeraczem książek jestem od zawsze. Z tym, że nie uważam, że każdy musi tyle czytać. A wyzwanie jest moim zdaniem nieszkodliwe. Nikt nie zmusza do dołączenia, kto chce, czuje potrzebę – może dołączyć. Niektórzy lubią wyzwania. No a niektórzy lubią w taki sposób się posnobować. Ale oni znaleźliby inny pretekst, gdyby tego nie było.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Tekstu o bibliotekarzach nie znałam a fajny. :) Zawód chyba też (przynajmniej jak się patrzy z boku). Jeżeli książka jest hobby to faktycznie nawet i 100 można „trzasnąć” :) W zasadzie cały mój tekst sprowadza się do ustalania sobie priorytetów. U mnie na pierwszym miejscu jest praca i to ona zabiera lwią część czasu. Przypuszczam, że tak jak u Ciebie. I trochę zazdroszczę Ci tego, że Twoją pracą są książki. Ale tylko trochę, bo za bardzo lubię być reklamówką.