Wielkie dzięki

Mam pracę, która pozwala mi pisać, trzaskać storyboardy, wymyślać kampanie. Siedze w tym od lat i jakoś nie chce mi się wstać. Lubię to co robię i robię to- co lubię. I jestem za to wdzięczna.

Mamy od jakiegoś czasu wysyp świąt z importu. O tym, że to nie takie złe już pisałam. Wspomniałam wtedy, że gdybym miała zdecydować o tym, co przejmujemy, nie postawiłabym na przesłodzone Walentynki czy kiczowate Halloween, ale na Święto Dziękczynienia (które za wielką wodą właśnie trwa w najlepsze). Mam dziwne wrażenie, że przydałby się jeden taki dzień w roku, kiedy każdy siada i zmusza swoje zwoje do przetworzenia kwestii: za co jestem wdzięczny/a/e?  Bo, uwierzcie mi, jest za co dziękować, nawet jeśli ostatnio jakoś Wam nie idzie. Mnie, na przykład, ostatnio nie idzie: 2014 jest, póki co, najgorszym rokiem mojego życia (choć konkurencja nie była jakaś przesadnie duża – żyje mi się generalnie nieźle, odpukać, i nawet „najgorsze” nie oznacza „tragiczne”, warto to podkreślić).  Czas więc jak najlepszy, żeby przygotować…

10 rzeczy, za które jestem wdzięczna

1) Jestem

To chyba najważniejsza rzecz w całym zestawieniu. Nasze istnienie przyjmujemy z całym jego dobrodziejstwem, jako coś oczywistego. Tymczasem nie ma w tym NIC oczywistego. Ba! Nie ma nawet naszej zasługi. To, że pojawiłaś/eś się na tym świecie jest szczęśliwym zbiegiem okoliczności. I to ilu! Gdyby moja mama nie dała się wyciągnąć na pewną imprezę i nie poznała taty, gdyby wojenne losy mojej rodziny były bardziej skomplikowane, gdyby kiedyś którąś praprzodkinię bolała głowa TEGO dnia. Strach się bać. Na szczęście jestem. I jestem za to wdzięczna temu skomplikowanemu splotowi losu. Ps. Któreś z moich prapraprzodków ewoluowało we właściwą stronę, dzięki temu jestem człowiekiem a nie rozwielitką. Rozwielitka jest strasznie śmieszna i w ogóle, ale będę jednak obstawać przy tym, że lepiej być człowiekiem Olgą niż Rozwielitką Olgą (swoją drogą dobry pomysł na postać w kreskówce – udostępniam na zasadzie Creative Commons).

2) Świat jest piękny

Tak niewyobrażalnie, że czasem dech zapiera. A ja mam od cholery sposobów, żeby to piękno odbierać – mogę je widzieć, słyszeć, wąchać, smakować. I już za samo to jestem mega wdzięczna. Zapach majowego deszczu, widok przeciągającego się kota, dźwięk drewna trzaskającego w kominku, dotyk trawy i wiosennej ziemi pod stopami, smak bezy z delikatnym kremem, albo tarty ze szpinakiem, albo nerkowców, albo (dobra, powiedzmy sobie szczerze – zrobiłam się głodna, przepraszam na chwilę).

To uczucie, kiedy pierwszy raz, na wiosnę, wejdziesz boso w świeżą trawę. Lepsze niż przelew z korpo. No… porównywalne.

Przy okazji, mamy niesamowite szczęście, że żyjemy w świecie takim, w jakim żyjemy. Przecież równie dobrze drapieżniki mogłyby być gigantyczne, powietrze cuchnące a zdobycie wody pitnej mogłoby graniczyć z cudem nie tylko w Afryce (wiem, wiem, w końcu ewolucja by nas do tego dopasowała). Ale powiedzmy sobie szczerze: mamy planetę, która jest fantastycznym domem. Dla nas i dla zwierząt, za które osobno chyba należy podziękować losowi. Teraz to oczywiste, że mamy naszą Ziemię, że dookoła nas tętni życie, że jest coś tak fantastycznego jak pies, kot, chomik czy wiewiórka, że niebo jest uroczo błękitne a trawa zielona. Ale pomyślcie przez chwilę, że leci ku nam meteoryt, który za chwilę może całkowicie przeorganizować nasz świat i to co znamy i kochamy zniknie, jak raz już zniknęły dinozaury. Nie byłoby szkoda? Cieszmy się tym co mamy. I podziękujmy losowi, że jest. Ja tam dziękuję.

Jak można nie kochać planety, na której jest coś takiego jak czekolada? Gorąca, aksamitna, z odrobiną chilli… Ostatni raz piszę sloganowpis „na głodniaka”.

3) Rodzina, przyjaciele, znajomi

Mama potrafi dzwonić tysiąc razy w ciągu godziny i wpaść w panikę, że na pewno nie żyję, kiedy ja beztrosko oddaję się harcom na siłowni. Mój przyjaciel, na przesłany mu superśmieszny dowcip, odpowiada „spoks”. A jedna z najlepszych kumpelek dała mi pendrajwa z filmem, który urywał się pięć minut przed zakończeniem, TE kluczowe pięć minut (dobrze, że nie kryminał). Jak żyć z nimi wszystkimi? Jak żyć? No cóż, szczęśliwie. :) Wszystkie te rzeczy są całkiem… urocze, kiedy robi to ktoś, kogo lubisz albo kochasz. Jestem nieustannie przeszczęśliwa, że mam grupę osób, którym ufam, które cenię, albo po prostu dobrze mi się z nimi spędza czas. Mam w nich wsparcie, mentorów i utalentowanych twórców dobrego nastroju. Mogę mieć tylko nadzieję, że oni też coś we mnie mają. ;) Jestem wdzięczna losowi, że mogę ich mieć koło siebie (nawet, jeśli to „koło siebie” oznacza to tylko sporadyczną wymianę maili, bo czas nie pozwala inaczej). Dziękuję także za tych, których już nie ma. Za to, że byli chociaż przez chwilę.

4) Mieszkam w Polsce

Nie ma tu cienia ironii. Ja na serio jestem wdzięczna, za to, że los rzucił mnie do kraju oszczędzanego przez trzęsienia ziemi, czy tajfuny, susze i gigantyczne powodzie (można sobie narzekać na pogodę, ale mamy z nią dużo szczęścia, serio). Kraju, w którym są fantastyczne lasy, jeziora, morze, góry i przepiękne miasta. Kraju, który jednak gospodarczo sobie radzi, nawet jeśli czasem coś, gdzieś szwankuje. Kraju, który na moich oczach zmienia się w coraz fajniejsze miejsce. Nie wierzycie? Mam dwie propozycje.

Jedna (tzw. ukryta opcja warszawska) przejdźcie się Alejami Ujazdowskimi wzdłuż parkanu Łazienek i obejrzyjcie wystawę zdjęć „25 lat polskich przemian – fotokronika PAP” (niestety, czynna tylko do 14 grudnia). Ustawione rzędem zdjęcia zmian robią wrażenie.

Druga to eksperyment myślowy, który odkryłam przypadkiem po śmierci mojej babci. Co jakiś czas zastanawiam się, co by było, gdyby nagle wróciła? Co by ją zaskoczyło? Co zmieniło się przez te lata, kiedy jej nie ma? I zauważam, że jest cała masa takich rzeczy. Jej małe miasteczko wypiękniało, powstały nowe drogi, park z prawdziwego zdarzenia, na nowo wybudowaną stację podjeżdżają nowoczesne pociągi, powstają nowe osiedla. Kiedy żyje się z dnia na dzień ciężko to zauważyć bo każda zmiana szybko staje się codziennością. Patrzę więc wstecz i widzę, że żyję w kraju, który rozwija się i pięknieje. Lubię ten kraj i dziękuję, że mogę tu żyć.

Lubię rysować. Nie muszę być profesjonalistką, żeby sprawiało mi to frajdę. I nie, to nie reklama KOH – I – NOOR, czysty przypadek, że używam akurat tych przyborów.

5) Talenty i predyspozycje

Nie jestem geniuszem. 34 lata to dość czasu, żeby to odkryć i się z tym pogodzić. Ale są rzeczy, które mi wychodzą na tyle, żebym mogła zarabiać (pisanie) albo chociaż świetnie się bawić (rysowanie czy bieganie). Bez naturalnych predyspozycji, czy talentów siedzenie z ołówkiem byłoby zapewne męczarnią, a tak, proszę bardzo – długie jesienne wieczory przestają się wlec jak reklamy przed dobrym filmem.

Właściwie to te zimowe wieczory mogłyby nawet być ciut dłuższe, bo jak wrócę z treningu, trochę porysuję, poczytam, popiszę, to nagle się robi godzina całkowicie nieprzyzwoita. Dziękuję więc za swoje naturalne predyspozycje. Dzięki nim życie jest super. Nawet jeśli profesjonalny grafik oglądając moje rysunki stwierdza

Nie martw się, jeszcze się wyrobisz

:) Trudno – mam czas i zero presji.

6) Praca

Mam pracę, która – trochę jak przyjaciele – czasem doprowadza mnie do szału, ale i tak ją kocham. Po kilkunastu latach to już całkiem dojrzałe uczucie, co nie znaczy, że nie eksplodują czasem fajerwerki namiętności. Pod tą tanią metaforą kryje się chociażby radość z jaką pędzę przez ulice, byle szybciej do służbowego kompa, zapisać koncepcję kampanii, która przyszła mi do głowy niespodziewanie w tramwaju; albo to solidne, radosne zmęczenie, kiedy okazuje się, że wypchnęliśmy gigantyczny projekt, nad którym ślęczeliśmy tygodniami i wiemy, że jest to dobry projekt; jak również ten moment, kiedy copy i art director zaczynają nadawać na tych samych falach, kończą za siebie zdania, ba! rozumieją się bez wypowiadania tychże zdań.

No cóż: robię to co lubię i lubię to co robię. Mam to szczęście i za nie dziękuję losowi. Bo mógł mnie pchnąć gdzie indziej. Już nawet przebaczę mu fakt, że umiejscowił mnie akurat w krainie Mordor, gdzie zaległy cienie.

7) Pokój

Dobrze, że jest. To wręcz niesamowite (biorąc pod uwagę, ile na świecie jest konfliktów) że tyle lat cieszymy się pokojem. Dla wszystkich, którzy co jakiś czas w bezpiecznym uniwersum internetu wzywają do wojen, mam propozycję: odetnijcie sobie wybraną część ciała tępym, brudnym narzędziem (opatrunek tylko prowizoryczny, żadnych środków przeciwbólowych), spalcie swój dom, dobrze też jeśli chwilę pogłodujecie. To i tak będzie betka przy tym, co może wam i waszym rodzinom zrobić wojna. Taki wstęp do lepszej zabawy. Na szczęście, wbrew marzeniom idiotów, wciąż trwa pokój i jestem z tego tytułu tak wdzięczna losowi, i tak szczęśliwa, że nie macie pojęcia.

8) Wolność 

Kiedy biegam po „moim lesie” regularnie staram się odwiedzać miejsce, które na własny użytek nazwałam Wzgórzem Poległych. Jest tam mogiła czterech bardzo młodych mężczyzn, chłopaków w zasadzie, z AK – złapanych i zakatowanych przez Niemców w tym właśnie miejscu. Do mnie nikt nie strzela za samo to, że śmiem biegać po lesie, być Polką i co tam jeszcze może przyjść do głowy wypaczonym umysłom. Nikt nie prześladuje mnie też za to, że do biegania nie założyłam obowiązkowej burki. Biegam bez przyzwoitki.

Podobnie jest z wieloma innymi aspektami życia. Mogę swobodnie przyznać, że jestem ateistką (bo jestem) a część moich znajomych równie otwarcie przyznaje, że są katolikami. I co? I nic. Kompletnie nic z tego nie wynika dla nikogo z otoczenia. Możemy też (prawie) bez przeszkód podróżować, kształcić się i pracować. Wolność przestała być, przynajmniej dla Polaków, wywalczonym przywilejem a stała się rzeczywistością. Nie jest to rzecz na świecie powszechna. Tym bardziej losowi za nią dziękuję.

9) Wiedza

Pisałam już kiedyś, że lubię się uczyć. Ale tym razem podziękowania należą się nie tylko za to, że wiedzę mogę tak bezproblemowo i z wielu źródeł przyswajać. Chodzi także o tę, którą zgłębiają inni, a ja dzięki temu wygodnie żyję. Weźmy chociażby rozwój medycyny. Zastanawialiśmy się jakiś czas temu ze znajomymi, ile razy już byśmy nie żyli w średniowieczu (i zostawmy na razie na boku logikę tego zdania)? OK liczymy – raz umarłabym z mamą przy trudnym porodzie, potem, w wieku 5 lat na ostre zapalenie płuc, które w naszych czasach kosztowało mnie kilka tygodni w szpitalu, w 10. roku życia na wyrostek a po drodze jeszcze zapewne na kilka innych chorób, przed którymi chroniła mnie dziś higiena i szczepionki. Przeanalizujcie waszą historię i spróbujcie zadać sobie to samo pytanie „Ile razy bym już nie żył/a, gdyby nie dzisiejsza medycyna?” Żebyśmy obserwowali, jak średnia długość życia pięknie pnie się do góry, ktoś musiał ciężko zasuwać. Podobnie rozwija się niemal każda dziedzina wiedzy. I za to jestem, jako beneficjentka, niezwykle wdzięczna. Dobra robota!

10)    Moje czasy

Lubię czasy, w których żyję. Za mojej kadencji były magnetofony szpulowe, kaseciaki, płyty CD a potem mp3-jki. Były telewizory kineskopowe i marzenia o tym, że może kiedyś, w świecie za sto lat staną się płaskie (o lekko zagiętych nawet nie myśleliśmy). Samochody nie miały ABSów, ESP i innych takich, ba – pasy z tyłu były rzadkością. Telefony? Tu już całkowita rewolucja – jak byłam mała, używałam tych tarczowych. Potem, jak miałeś komórkę, to byłeś Kimś. I wreszcie pojawiały się te wszystkie bajery jak polifonia czy kolorowy ekran. I pstryk, nagle jesteśmy w erze mobilnej. A wszystko to widziałam na własne oczy. Komputery – co z nimi się działo za moich czasów, to ja już nawet nie… Czasem czuję się jak Najstarszy Człowiek We Wsi, co to takich dziwów się przez całe życie naoglądał, że głowa mała by to wszystko spamiętać. Czasem lubię to analizować i myśleć: jakie to wszystko fantastyczne – na moich oczach postęp zasuwa jak chomik w kółeczku. I nadal to robi. A ja uwielbiam na to patrzeć. Dżizas, jak uwielbiam. I – wbrew powiedzonku – dziękuję losowi, że przyszło mi żyć w ciekawych czasach.

3

Jak zaczynałam biegać w czasach licealnych (koniec ubiegłego wieku, moi mili) towarzyszył mi li tylko sterany życiem Walkman kasetowy. A i to nie zawsze. Dziś mam MP3 ze specjalnymi, sportowymi słuchawkami a w smartfonie aplikacje wskazujące mi drogę i podające statystyki treningu. Buty są już w zasadzie mądrzejsze od biegaczy, ubrania oddychają, odprowadzają wilgoć i poprawiają aerodynamikę a jak ktoś sobie życzy może obwiesić się wearables, że będzie jak choinka na święta – haj pro choinka.

Jest 10 „thanksów”, proszę bardzo. Ale jeszcze dwie sprawy, których nawet się nie spodziewałam przed rozpoczęciem pisania.

Po pierwsze, to było najłatwiejsze do zebrania dziesięć punktów ze wszystkich zestawień, jakie kiedykolwiek robiłam na blogu. Mało tego, musiałam się ograniczać, bo mogłabym wymieniać tak jeszcze długo (książki, sztuka, koty, które zasługują na oddzielną kategorię, mój dom, dżizas, tych punktów mogłoby być i z pińcet).

A po drugie poprawiłam sobie humor widząc ile mam powodów do zadowolenia. Bo czy poranne korki mogą przyćmić fakt, że żyjesz na fantastycznej planecie w otoczeniu tylu niesamowitych osób i rzeczy w tak fajnych czasach? No kaman…

Dlatego polecam zrobić listę dziękczynienia, bez indyka, powiewającej amerykańskiej flagi i całego tego bałaganu. Poważnie.

 

 

Źródło obrazków: ja

  • Monika Dąbrowska

    Czuję, że dostałam po głowie czymś mega pozytywnym ;) Skorzystam z eksperymentu myślowego. Z pewnością też znajdę czas, żeby zastanowić się za co jestem wdzięczna. To prawda, żyjemy w bardzo fajnych czasach i warto to doceniać.

    Dzięki za ten tekst! :)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      :D Taki miał być przekaz – DZIĘKI :)

  • http://takeitslooow.blogspot.com/ Magdalena Bardowska

    Dziękuję :-) dobrze, że niektórzy potrafią doceniać zmiany :-)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Dla mnie najgorsze są osoby, które narzekają na „ten cały syf dookoła” a jednocześnie siedzą od prawieków na tej samej ławeczce, pod tym samym blokiem i nie robią nic, żeby cokolwiek same zmienić. Lepiej odkrywać i doceniać zmiany. I samemu też coś dokładać od siebie. Dzięki za komentarz!