Frajerzy, czyli ci, którym się chce

Jest dobrze po dwudziestej pierwszej kiedy dzwoni telefon. Odbieram. Pani weterynarz. Omawiamy postępy leczenia mojego kocurka, przy okazji podpowiada kilka nowych rozwiązań. Cena? Jak zawsze przy poradach – gratis. Nie zdziwił mnie ten telefon, bo to nie był pierwszy raz, kiedy robi coś ponad standardowe leczenie. Ale ucieszył. I doceniam go. I na pewno nie zmienię jej gabinetu na inny. Chyba, że faktycznie nie będzie mogła mi pomóc (już się tak zdarzało – wtedy mówiła wprost i podpowiadała specjalistów w okolicy a następnie była z nimi w kontakcie, żeby wiedzieli jak najwięcej o dotychczasowym leczeniu).

Jedni powiedzą – świetna babka, widać, że się stara. To może zaprocentować. Inni prychną, że się frajerzy. Bo przecież nie płacę jej za te telefony. Proponuje mi czasem inne gabinety – ze specjalistycznym sprzętem, świadomie rezygnując z klienta i jego pieniędzy (chwilowo bo tylko na zabieg czy dwa, ale zawsze), a jej troska jest niewspółmiernie duża w stosunku do cennika usług. I jeszcze te zdjęcia w gabinecie, świadczące o tym, że najwyraźniej ratuje, razem z kolegą z lecznicy, całe to leśne badziewie z sarnami na czele. Po co? Przecież taka sarna nie ma kasy ani znajomych na fejsie, którym mogła by polecić usługi. Dowodów na frajerstwo aż nadto, prawda?

Do niej i jej kolegi z lecznicy zawsze jest kolejka. Ludzie dojeżdżają z dość daleka i, nawet na okoliczność badań czy zabiegów odesłani do specjalistów, wracają i będą wracać. Bo nie ma lepszego lekarza niż ten, któremu się chce. Wiem, bo czasem widuję takich, którym się nie chce. Różnica diametralna.

Weterynarz

Pomniczek krasnala frajera weterynarza we Wrocławiu

Dobra, dobra, cwaniaro – może ktoś powiedzieć – niech będzie, że się nie frajerzy. To tylko taka strategia marketingowa, na „brata łatę”. A co powiesz o tych na etatach? Którzy wykraczają poza swoje obowiązki, choć nic z tego nie mają? Frajerstwo jak ta lala…

No tak – kosmetyczka, która powiedziała wprost „zrobimy lżejszy zabieg (i tańszy, jak się okazało) a z rozszerzonymi naczynkami to lepiej do dermatologa, przyznam szczerze, że tylko to faktycznie zadziała.” Frajerka, nie? Wróciłam do niej. I poleciłam kilku koleżankom.

Mam też znajomych, którzy regularnie zarywają weekendy, czy noce, kiedy chcą by jakiś projekt dobrze wypadł. Mogli by go odwalić – zrobić tylko to, co do nich należy. Ale wtedy efekt byłby zaledwie poprawny. Frajerzy? Każdy z nich uchodzi za eksperta w swojej branży. Regularnie dostają nagrody a przede wszystkim wyglądają na niesamowicie spełnionych i wiecznie nakręconych własnym sukcesem. Recesje i kryzysy jakoś omijają ich konta szerokim łukiem.

Mam znajomego, który odszedł ze służb mundurowych, mimo, że już za chwilę miałby tę wymarzoną przez jego mądrzejszych kolegów emeryturę. Po trzydziestce zmienił branżę, zasuwał jak mały motorek i odniósł sukces, o jakim marzył. Frajer – mógł poczekać na państwo, które mu da. I potem realizować swoje fanaberie.

Jeśli tak definiować frajerstwo to ja chętnie. Zresztą już kiedyś o tym pisałam: TRZASK TUTAJ i zawsze będę powtarzać, jeśli robisz coś z pasji, przekonania, masz z tego radość, to nigdy nie będzie frajerstwo. A profity? Nie muszą być pieniężne. Nie muszą przyjść od razu.

Kilka fajnych zleceń udało mi się dostać tylko dlatego, że kiedyś, dawno temu zrobiłam coś lepiej niż oczekiwano. Przyłożyłam się. I ktoś to zapamiętał a potem we właściwym momencie do mnie zadzwonił.

Nie jestem wyjątkiem. Raczej jedną z wielu.

Zastanawia mnie więc, skąd u części „niefrajerów” ciągły strach przed tym, żeby broń boże się nie sfrajerzyć właśnie? Nie wykonać swojej pracy na 200% normy, nie wyjść samemu z jakimś pomysłem, nie wykroczyć poza spis obowiązków. Bo inaczej stanie się coś Bardzo Złego. Porządny niefrajer minimalizuje wysiłek, odwala wszystko tylko na tyle, żeby było zrobione – miernie bo miernie ale zrobione. Frajer się męczy. Frajer się stara. Frajer się doucza. Frajer nie skończy dokąd nie będzie pewien, że zrobił coś dobrze.

Ale z drugiej strony mam poczucie graniczące z pewnością, że kultura, nauka i sztuka rozwijają się właśnie dzięki frajerom. Dzięki tym, którym się chce. W moim przekonaniu to oni wyprowadzili ludzkość z jaskiń i dali jej narzędzia (ta mdła większość nie chciała się frajerzyć i po prostu dożywała sędziwych lat dwudziestu wykonując codzienne obowiązki jaskiniowca, po łebkach i na odwal, bez refleksji co można usprawnić, zrobić lepiej, gdzie się wykazać). I jeszcze jedno – frajerzy chyba najlepiej się bawią. Mają z życia frajdę. Bo porządny człowiek zawsze musi się bać, że jednak kiedyś trzeba będzie się napracować. A frajer się swoją pracą cieszy jak głupi. I nie ma w nim nic złego.

Źli są natomiast ci wszyscy porządni ludzie, którzy dają z siebie przyzwoite 70-80% (resztę maskują urokiem osobistym albo liczą, że jakoś to będzie) a jednocześnie jak podnawki przyczepiają się do kolegi frajera i jego ewentualnych sukcesów.

Ci, którzy widząc, że ktoś pracuje z pasją przywalają go obowiązkami, dzieląc się jednocześnie sukcesami („aleśMY się napracowali nad tym projektem”).

Te cwaniaczki-cebulaczki, które mając frajera w swojej firmie zwolnią całą resztę.

Ci, którzy wykorzystują cudzy zapał, żeby mieć nisko opłacaną siłę roboczą i jeszcze w duchu chichoczą, że są tak sprytni.

I wreszcie ci, którzy wymyślili, że ten, kto daje z siebie wszystko jest frajerem.

 

Post Scriptum

To w zasadzie miał być koniec wpisu, ale przeczytałam TEN artykuł I widzę w nim wątek „frajerzenia się” więc dodam swoje trzy grosze.

Bycie frajerem nie zależy od płci. Podobnie jak podpinanie się pod sukcesy frajerów. Autorka przywołuje taki przykład:

Przeczytałam wywiad ze swoim kolegą, który opowiadał o swoich sukcesach. Ani wzmianki o zespole, ani słowa o „zrobiliśmy, osiągnęliśmy”.

A następnie wywodzi:

I wtedy pomyślałam, że jednak do sukcesu na rynku kobiety potrzebują czegoś jeszcze: głosu. Umiejętności mówienia o swoich sukcesach. Muszą zrezygnować ze źle pojętej skromności i wyjść z bezpiecznego i frustrującego cienia za mężczyznami.

Heloł! Abstrahując od głównego tematu wpisu pani Katarzyny, z faktu, że ktoś jest dyrektorem-podnawką, nie należy wyciągać innych wniosków, niż ten, że jest dyrektorem-podnawką. Gdyby nie był, o sukcesach swojego  działu mówił by w liczbie mnogiej. Nie ja faraon zbudowałem piramidę, ale MY ją zbudowaliśmy. Zresztą w dobrym zarządzaniu jak w dobrym związku:

mewe

A wtedy cudownym trafem nie ma frajerów. I nie ma to nic wspólnego z płcią. Bo i frajerem i podnawką można być niezależnie od posiadanych gonad.

Olga, 33 lata, frajerka, Dyrektor Kreatywna w zespole frajerów.

 

Źródło obrazka we wpisie i slajderze: Autor PnaporaWeterynarz wrocławski krasnal znajdujący się w Klinice Weterynaryjnej INTERWET przy Ślężnej 136