Giętki czy poprawny?

Mowa oczywiście o języku. Jestem za opcją gięcia. Zboczenie kopirajterskie.

Kopirajter jest jak Szekspir (uch, och) jak nie zna słowa, to je wymyśla. Rosła na ten przykład pod moim korpo-oknem roślinka, którą na własne potrzeby nazwałam Pocierpką. Cholera wie jak nazywała się faktycznie, bo zniknęła po koszeniu i już nie odrosła, więc nie miałam materiału do badań.

Słowa pojawiają się także, kiedy zapomnę jak się jakieś cholerstwo nazywa a szybko muszę przekazać komuś z zespołu, co ma mi podać (wiem, wiem, na początki demencji to wygląda) – ot chociażby

Gonia, podaj mi ten no… odkliktacz do zszywek.

I Gonia podaje szczęki teściowej, bo to uczynne dziewczę. Wszystko to jednak nic przy słowotwórczej kreatywności mas. A że masy masowo używają ostatnio ponglisza nowe zwroty pochodzą często z tegoż właśnie języka przemieszanego z internetową nowomową. Mamy więc kwiaty typu „zrobić komuś dzień” (kalka angielskiego „Made my day”, zwrotu używanego by podkreślić, że coś pozytywnie wpłynęło na czyjś nastrój danego dnia). Przykład? zrobic_dzienProszę bardzo „O stary, zrobiłeś mi dzień tym postem.”

„Handluj z tym”, czyli toporne tłumaczenie „deal with it” („pogódź się z tym”).

I mój faworyt „Twój argument jest inwalidą” (źródło: „Your argument is invalid” - co można zrozumieć jako „Twój argument jest niewłaściwy/oparty na błędnych przesłankach.”)

Ostatnio przeczytałam małą ale intensywną emocjonalnie wymianę zdań na ten temat (screen obok pokazuje jak wiele komentarzy pojawiło się po kilkunastu minutach od wrzucenia posta). Sedno dyskusji: podobno tego typu teksty zaśmiecają język. Dla mnie go ugięcają ;) I dobrze.

Dobrze, i to nawet, jeśli twórca słowa wyważa już otwarte drzwi i wymyśla coś, co owszem jest, ale nie w jego ograniczonych zasobach słownikowych. Dlaczego? Znalazłam kilka odpowiedzi.

1)   Bo tak powstają synonimy a te są rzeczą przydatną, o czym wie każdy, kto pisał teksty, których treść nieubłaganie skazana była na masę powtórzeń (owa masa już taka dobra nie jest).

2)   Bo język zasysa co ciekawsze idee. I sam przez to staje się ciekawszy. Resztę odrzuca. To jak z przeszczepem. Nie sądzę, żeby “argument-inwalida” wszedł na listę naszych związków frazeologicznych. Przyszedł, pobędzie kilka minut, zniknie. C’est la vie. ;)

3)    Bo język żyje z ludźmi. W ich czasach. Teraz. Na naszych oczach (choć raczej uszach i językach) traci sens powiedzenie “wykręcić numer”. Kto ostatnio wykręcał czyjś numer telefonu? Chociaż, na przykład taka “konstrukcja/budowa cepa” trzyma się znakomicie. Nawet, jeśli użytkownicy tego zwrotu na oczy cepa nie widzieli.

4)   Bo to jednoczy w ramach grupy. Przyjaciele, znajomi, współpracownicy mają swoje kody językowe (na przykład u mnie w dziale layout nazywamy lasotą – tak kiedyś podpowiedziała autokorekta, tak nam zostało, a wizualizacje – wizulakami, to z kolei efekt pomyłki kolegi). Jeśli kieruje się hasło, czy całe copy do określonej grupy celowej, można zagrać ich kodem językowym. Albo wręcz go narzucić (mega trudna rzecz, która udała się w przypadku reklam Frugo, a także kabaretu Mumio – chociażby tych z  “wyprzą”).

5) Bo język to narzędzie. Jeśli nie spełnia tych konkretnych funkcji, jakie są ci niezbędne – masz dwa wyjścia:

a) zmieniasz język – wpadła mi kiedyś w ręce fantastyczna pozycja Howarda Rheingolda They Have a Word for It. To zbiór słów, które pojawiają się w danym języku, nie mając odpowiednika w innych. Całkiem pokaźny zbiór. I ciekawie opisany. Polecam.
b) dodajesz coś do języka – nawet tylko chwilowo – np. taki nieszczęsny odkliktacz do zszywek.
Tak naprawdę w większości naszych wypowiedzi chodzi przecież o to, żeby przekazać to, co się chce w możliwie najbardziej zrozumiały dla adresata sposób. Język potoczny zawsze będzie stawiał estetykę na drugim miejscu. Na pierwszym będzie klarowność. A żeby ją osiągnąć trzeba czasem coś nagiąć. Na zdrowie.