Gruba Baba i handlowcy

Jest taka scena w Śniadaniu u Tiffanny’ego – zresztą moja ulubiona: biedni jak myszy kościelne bohaterowie przychodzą do słynnego jubilera z budżetem bodajże dwa dolary (kwota jest nieistotna – ważniejsze, że śmiesznie niska). Sprzedawca wita ich dystyngowanym uśmiechem, chwilę rozmawiają o tym, że pan szuka czegoś dla swej wybranki w przedziale cenowym takim a takim (tu pada owa niska kwota). Sprzedawcy nawet nie drgnie mięsień na twarzy gdy słyszy, ile ma kosztować prezent. Mówi jedynie, że obawia się, że w tym zakresie cenowym ciężko będzie o coś interesującego, mimo to poszuka. Wreszcie prezentuje, jak się wyraża „coś dla kogoś, kto ma już wszystko” czyli elegancką pałeczkę do wykręcania numerów telefonicznych. Prezentuje ją z taką miną, jakby właśnie pokazywał niemal bezcenną kolię jakiemuś multimilionerowi. Bohaterowie chwilę oglądają przyrząd, ostatecznie jednak dziękują. Decydują się natomiast na grawerunek. I znów – do grawerowania oddają tani, metalowy pierścionek, który wcześniej dostali gratis. Sprzedawca przyjmuje go, jakby do jego rąk trafił klejnot z królewskiej korony i zapewnia, że usługa zostanie wykonana zgodnie z życzeniem. W jego gestach, głosie, wypowiedziach nie ma nic, co sugerowałoby chociaż cień sarkazmu. Tylko czysta, profesjonalna uprzejmość. Obsługuje wszystkich jednakowo – możnych i maluczkich. Majstersztyk, który powinien być elementem szkoleń dla sprzedawców. Najwyraźniej jednak nie jest. Przekonywałam się o tym wielokrotnie, nigdy jednak tak boleśnie jak w czasach, kiedy byłam Grubą Babą.

babaTo byłam ja – Gruba Baba. 40 kilo minęło jak sen jaki złoty, ale kupowanie online mi zostało. A kilka sklepów omijam szerokim łukiem do dziś, wszystko przez to, że zamiast sprzedawców, zatrudniano tam przypadkowych idiotów. Nie tędy droga.

Grubą Babą byłam przez około 3 lata. Nie Monstrualnie Grubą. Ale wystarczyło, bym spojrzała na świat z nieco innej perspektywy. 3 lata, w trakcie których ważyłam ponad 100 kilogramów i czułam, że moje ciało nie jest moje. Nie będę tu analizować tu jak do tego wszystkiego doszło ani co się stało, że ostatecznie z Grubej Baby stałam się Normalną Babą Która Musi Cholernie Uważać Co I Ile Je (jeśli ktoś jest ciekawy, odsyłam TUTAJ), bo nie o tym chciałam pisać, ale właśnie o sprzedawcach. Bo ci, aż nazbyt często mają jakiś ewidentny problem z Grubymi Babami. Lub inaczej: po prostu mają problem.

Dowody? Praktycznie brak. Były to najczęściej rzeczy ulotne: pełne pogardy spojrzenia, albo kpiące uśmieszki. Zapamiętałam natomiast doskonale scenkę z pewnego sklepu z jeansami. Marki nie wymienię bo być może coś się ostatnio u nich zmieniło (nie wiem, nie byłam i nigdy nie będę – niech zdechną). Grzebałam w poszukiwaniu czegoś dla siebie, a sprzedawczyni z dezaprobatą przypatrywała się moim wysiłkom. W końcu zagadnęła – „Dla siebie pani szuka? To taaaakich wielkich my nie mamy.(tu uśmieszek a’la tania opera mydlana).” Mieli. Znalazłam, ale nie kupiłam.

Oczywiście odezwą się głosy, że to kompleksy zaciemniły mi obraz. Że tylko mi się zdawało. Zabawne, że kiedy sprzedawca jest dobry (a i takich spotykałam) nie ma „wydaje się” nie ma „może to kompleksy”, jest za to przyjemność zakupów.

Ale OK, przyjmijmy, że z Grubą Babą generalnie jest problem. Gruba Baba jest często albo niewidzialna, albo traktowana z pogardą („spasła się, nie to co JA”), albo wręcz budząca agresję (niestety). Zostawmy więc Grubą Babę i przejdźmy do innych klientów. Kto może spodziewać się potraktowania przez „wybitnych” sprzedawców z góry?

Osoby biednie ubrane – kradną, nie mają kasy, won ze sklepu.

Studenci (ta biedniejsza część) – jak wyżej.

Osoby z plecakami – złodzieje, won ze sklepu!

Osoby niezdecydowane – i czego się rozglądasz, won ze sklepu.

Koleżanka podpowiada jeszcze, że osoby z małymi dziećmi. Tego nie wiem z własnego doświadczenia, ale jakoś jej wierzę.

Tacy „wybitni” sprzedawcy to oczywiście niewielki procent, ale skutecznie psują obraz branży. Jeśli dołączymy do tego nadgorliwą ochronę to wniosek jest jeden – lepiej zacząć kupować w sieci (co zresztą robię namiętnie, właśnie od czasów gdy byłam Grubą Babą). Albo bardzo starannie dobierać sklepy. Mam dwa przykłady, które pokazują jak ważna jest obsługa klienta.

Pozytywny:

Mały sklepik typu gazety, słodycze, papierosy, bilety na stacji Metro Wilanowska. A w nim dziewczyna, która wytwarza taki klimat, jakbym nie była tam przelotną bywalczynią tylko stałą od lat mieszkanką okolicy. Nie wiem jak ona to robi, skubana, ale wydaje mi się za każdym razem, że mnie rozpoznaje, wie co zaproponować („dowieźli nam chipsy jabłkowe – radzę spróbować”, „mamy już orkiszowe ciasteczka, niech pani zobaczy” – całkiem, jakby wiedziała, że jestem wege-psycho-pożeraczką takich rzeczy). Kiedy kładę na ladzie nowy numer Biegania strzela uśmiechem takim, który mówi „ach więc biegamy, no wiem, rozumiem, popieram”. Efekt jest taki, że wolę wstrzymać się z zakupem jakiegoś magazynu bo za dzień-dwa kupię go u miłej pani z Wilanowskiej. Czy jestem jedyna? Jakoś nie sądzę.

Negatywny:

Drugi przykład to zarazem dowód, że różnica między dobrym a złym sprzedawcą jest istotna nie tylko dla zysków, ale i w ogóle istnienia sklepu. Lumpeks jakich wiele, a jednocześnie inny niż wszystkie – bo sprzedawała w nim babeczka, która handel jakimś cudem miała we krwi. Wychodziło się od niej z uśmiechem na pysku i naręczem ciuchów, które pasowały jak ulał (nie – to nie była jedna z tych, co wcisną ci coś za małego i źle leżącego). Babeczka była jednak pracownicą, a nie właścicielką. Kiedy pojawiała się ta druga, sklep omijałam szerokim łukiem. W najlepszym przypadku olewała ludzi pijąc kawę z koleżanką, w najgorszym można było zarobić kilka nieprzyjemnych uwag. Koniec końców właścicielka zwolniła przyjemną babeczkę i zatrudniła bardziej podobną do siebie. Sklep zniknął po kilku miesiącach. I co z tego, że właścicielka umiała zadbać o fajny asortyment (na tym znała się doskonale, przyznaję)? Nie była dobrym sprzedawcą i wszystko diabli wzięli.

Tymczasem pokutuje jakieś dziwne przekonanie, że sprzedawcą, czy handlowcem może być każdy. Wystarczy przejrzeć ogłoszenia rekrutacyjne, żeby odkryć, że to „mięso armatnie” wielu firm. Hermesie – bożku kupców, widzisz i nie grzmisz?

Znajomy zarzucił mi kiedyś, że „nie lubię handlowców”. Heloooooł. Lubię. Podziwiam. Szanuję. I właśnie dlatego denerwuje mnie, że ich profesja nagminnie sprowadzana jest do żenującego poziomu. Tymczasem to mega trudna praca. Weźmy taką kreację – reklamując produkt mamy do dyspozycji grafikę, tekst, różne formaty i praktycznie nieograniczoną liczbę nośników. Jesteśmy jak królowie. Handlowiec/sprzedawca ma siebie – swoje doświadczenie, wiedzę, prezencję i tzw. gadane. Bywa, że jest uzbrojony w świetne materiały do prezentacji ale często na polu bitwy zostaje sam – będąc tam strategiem, generałem i szarym żołnierzem a do tego jeszcze dyplomatą w smokingu i białych rękawiczkach. To, co sprzedaje, jest wtórne i w gruncie rzeczy mało ważne, liczy się JAK to robi.

Dlatego jeśli zatrudnia się pierwszych lepszych: idiotów, którzy obrażą Grubą Babę, pogonią ze sklepu biedną studentkę (obie nie wrócą już nigdy: ta pierwsza, nawet jeśli schudnie; ta druga, jeśli się wzbogaci), przedstawią twoją nową ofertę tak, że Klient zobaczy w niej wyłącznie luki i niedoskonałości czy położą totalnie najbardziej kreatywną kampanię świata, bo nie umieją o niej opowiedzieć – to spokojnie można szykować się do przegrywania bitew i całych wojen. I nie jest to wina „handlowca” jako zawodu. Tylko tego, że jest on niedoceniany, na tyle, że idzie się w ilość czy cenę a nie w jakość. Czyli w fachowców z wiedzą i powołaniem.

Piszę te słowa nie żeby kogoś obrazić, ale w uznaniu dla osób które znam (także ze swojego korpo-podwórka) i szanuję. Tak jak szanuję każdego, kto jest dobry w swoim fachu. Tym bardziej, że jest to fach niesamowicie trudny. Wy, Których Mam Na Myśli, odwalacie kawał dobrej roboty. To mówiłam ja, ex-Gruba Baba. Wasza fanka.

  • Joanna Glogaza

    Ahh, przypomniała mi się sytuacja, jak w jakimś sklepie ze skórzanymi rzeczami poprosiłam o podanie rękawiczek spod szklanej lady, bo chciałam obejrzeć, na co pani mi powiedziała „no ale one są drogie”. Miałam z szesnaście lat, a do teraz pamiętam naprawdę dokładnie. Najdziwniejsze jest to, że takie osoby są przekonane o swojej wyższości, a tak naprawdę zwyczajnie źle wykonują swój zawód/zajęcie.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Niestety. Marki wywalają ogromne pieniądze, żeby przyzwyczajać przyszłych konsumentów od najmłodszych lat do swoich usług/produktów. Wiedzą, że „czym skorupka za młodu nasiąknie…” Po czym właśnie takie panie wszystko psują. Szesnastolatka będzie miała kiedyś trzydzieści sześć lat i ominie ten sklep szerokim łukiem.

  • Arkadiusz

    Jak bardzo to jest prawdziwe – ja co prawda więcej kupuję przez internet, ale wracam do sklepów (i paczkomatów wspaniałych) które były dla mnie miłe, a zakupy nie sprawiały fizycznego bólu :-)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Zgadzam się w pełni, też wracam tylko tam, gdzie nie bolało :D. ps. Paczkomaty SĄ wspaniałe!!! :)

  • Anna Gancarz-Luboń

    To dorzucę swoje spostrzenie. Czasami chodzę na zakupy po pracy, ubrana jak to w korpo: sensowne ciuchy, obcasy, „markowa” torebka, makijaż, zrobione włosy. Sprzedawczynie dwoją się i troją, aby mnie obsłużyć. Ale czasami wpadam do sklepów odzieżowych w Jankach przy okazji sobotnich zakupów w supermarkecie – w starych dżinsach, dresowej bluzie, no make-up, fryzura hmm… w stylu out-of-bed. I staję się niewidzialna. Nikt się do mnie nie uśmiecha, nie oferuje pomocy, o wszystko muszę się dopraszać. Ot, Polska.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      To jest właśnie najśmieszniejsze. Wiem, że to zabrzmi jak slogan (ale to w końcu blog Sloganopisa ;) ) ale „milionerzy chodzą w dresach”. Zwłaszcza po całym tygodniu dreskodowej katorgi :D

  • Katarzyna Bielińska

    Hm…. 40 kg temu, też ładnie wyglądałaś :-)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      :D Dziękuję. Tym bardziej, że wówczas dbanie o siebie było dużo trudniejsze. Makijaż czy fryzura korygujące kształty twarzy to Wyzwanie przez duże wu. A skompletowanie garderoby udawało mi się głównie dzięki internetowi i lumpeksom. Trudno przy tym nie wpaść w styl starszej pani – bo takie są chyba targetem sporej części producentów odzieży XXL.

  • Renata Kurek

    Niestety muszę potwierdzić, że osoby z dziećmi też są niemile widziane nawet , o dziwo w sklepach z artykułami dla dzieci, bo głośne, bo biega, bo coś zepsuje itp. Ekspedientki zwykle patrzą na takich klientów jak na największych wrogów, jak bym z pełną premedytacją przyszła z dziećmi aby popsuć jej dzień :) doświadczyłam tego już kilka razy, mimo że moje dzieci należą do tej spokojniejszej części :). Niestety ja należę do typu złośliwych bab i jak widzę że mam do czynienia z taką obsługą z pełną premedytacją wydłużam czas zakupów, pytam po kilka razy o to samo, zawracam gitarę ;) , ale fakt do takiego sklepu więcej nie wracam nie jest to miłe doznanie.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      To nie złośliwość – trening czyni mistrza, a Ty zapewniasz im dłuższy trening a więc pomagasz w osiągnięciu mistrzostwa :D A tak serio – dzięki za głos w sprawie dzieciatych klientów. Tak jak pisałam, ja nie znam tematu z autopsji. A to, co opowiadała mi kumpela brzmiało dość podobnie – wrogie spojrzenia, dziwne miny itp.

  • Pingback: Moje ulubione blogi, czyli BlogDay 2014 - Finanse na obcasach

  • http://fashandroll.pl FashandRoll

    Z tego powodu omijam Zarę szerokim łukiem.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Ja tam nawet nie wchodziłam w swoich Ciężkich Czasach. Po prostu w nic się nie mieściłam. Teraz w sumie też nie jestem fanką Zary i innych z Inditexu, ale to bardziej przypadek niż świadoma decyzja :) Także nawet nie wiem jacy są tam handlowcy.