Koniec ery Malczików

Swego czasu pani Szczepkowska ogłosiła oficjalny koniec komunizmu z Polsce. Chciałabym  i ja coś ogłosić. A mianowicie oficjalny koniec ery Malczików. Przypomnę, chodzi o bohaterów piosenki z projektu Yugoton, którą brawurowo wykonał Kazik, o te złote dzieci złotej epoki (lata 90’) na co dzień pracujące przez kilkanaście godzin w Wielkich Międzynarodowych Korporacjach a potem na umór pijące w Znanych Wielkomiejskich Klabach.

Tyle, że „chciałabym” nie do końca oznacza „mogę”. Z dwóch powodów:

Po pierwsze

trudno mi powiedzieć, na ile ten obraz japiszonów nastawionych na karierę za wszelką cenę, dążących do celu (po trupach kolegów) a przy tym korzystających garściami z życia był prawdziwy. Nie mnie oceniać, bo kiedy polski biznes szalał zachłyśnięty nagłym podmuchem powietrza wpadającego otwarte drzwi na zachód, ja kończyłam kolejno podstawówkę i liceum. I to w małym miasteczku.

Prawdziwe natomiast było lansowanie takiego modelu życia:

work hard – play hard.

Już w LO należało mieć plan na przyszłą karierę i biada, jeśli nie brał on pod uwagę Wielkiej Korporacji. Kolesie w garniturach byli trendy, si, jazzy – czy jak to po kolei określano. Nawet jeśli – przynajmniej w szczęśliwych latach 90’ – były to kiepskiej jakości garnitury noszone w kiepskiej jakości zestawieniach – chociażby z białymi skarpetami. Nagrodą za ciężką pracę miała być możliwość ostrej zabawy, lans, bauns, szpan i ogólnie glamur.

To z czasów gloryfikacji Malczików wzięły się dowcipy typu:

Jest 17:00 – teoretyczny fajrant, więc Kowalski zbiera manele i wychodzi. I tak kilka dni z rzędu. Współpracownicy w końcu nie wytrzymali: „Co ty sobie jaja robisz, o której to się wychodzi?” Na co Kowalski: „A bo ja w tym tygodniu na urlopie jestem.”

Ha ha ha, ho ho ho, och no boki zrywać, prawda?

Nieprawda.

I mam przekonanie graniczące z pewnością, że coraz więcej osób w moim otoczeniu (a jest to otoczenie wyjątkowo korporacyjne :)), odkrywa, że świat Malczików przestał być atrakcyjny. O ile kiedykolwiek był. Co konkretnie się zmieniło? I tu mamy owo…

Po drugie

Nie mam, niestety, tak zwanych twardych dowodów. Mam natomiast moje obserwacje.Wieloletnie. Prosto z korporacyjnego zagłębia, znanego także jako Mordor na Domaniewskiej. Czy są one słuszne, czy niesłuszne, ocenicie sami: 

1) Sport to zdrowie

Korpoświatek podbija dziś krajowe statystyki związane ze sportem i zdrowym odżywianiem. Zacznę niegrzecznie – bo od siebie. Biegam, w zależności od sezonu – od 35 do ponad 70 km tygodniowo, równocześnie chodzę co najmniej 3 razy w tygodniu na zajęcia fitness, staram się nie używać samochodu – zamiast tego wolę chodzić/jeździć na rowerze. W najbliższym otoczeniu mam masę biegaczy, triatlonistów, miłośników crossfitu czy MMA. Taki styl życia wyklucza picie na umór i pracę… również na umór. Wymusza zdrową równowagę. I, paradoksalnie, nie ma to przełożenia na niższą efektywność. Widzę to po swoim dziale: pracujemy dużo, nawet bardzo. Ale każda minuta staje się cenna więc nie tracimy czasu na pierdoły typu „godzina przy ekspresie do kawy”. Deadline jest święty, ale wieczorny trening przynajmniej błogosławiony. Czasem praca wygrywa – to rozumiemy i nie płaczemy (dział składa się z ludzi lubiących swoją pracę, to chyba typowe w kreacji). Ale staramy się zachować jednak równowagę sił. Ktoś powie, że Malcziki również trenowały, że wystarczy obejrzeć American Psycho, żeby to wiedzieć. Ale mam wrażenie, że dziś sport i dieta są coraz częściej elementami większej kompozycji zdrowego, harmonijnego życia, które staramy się prowadzić (na ile komu wychodzi to inna sprawa).

 

2) Każdy jakieś hobby ma

No właśnie – poza sportem są tez pasje. Ktoś fotografuje dzikie zwierzęta, inny gotuje jak jakiś masterszef, jeszcze inni organizują podróżnicze wyprawy, albo działają w wolontariacie. Mają życie po korpożyciu. I nie muszą się go wstydzić. Bo – znów – chlańsko już raczej nie jest wyznacznikiem sukcesu. Już prędzej jest nim…

3) Kultura picia

Jeden z moich korporacyjnych kolegów (zresztą zapalony biegacz) pije na tyle rzadko, że jeśli już sięga po coś z procentami, to musi być to dobre wino. Żeby zrozumieć, czym jest owo „dobre” wino, zgłębiał tajniki tego trunku, poszerzał wiedzę (w czym pomagał mu prowadzący sklep z winami jeszcze inny biegacz). W końcu został uznany przez grono znajomych za znawcę. Dziś jego porady możecie poczytać chociażby TUTAJ, na blogu jego żony.

Inny kolega, choć uparcie odmawia blogowej działalności, słynie w naszym kręgu znajomych, jako znawca whisky.  Jego znawstwo nie oznacza picia na umór, to raczej 90% wiedzy, 10 degustacji.

No właśnie, degustacji. A nie picia na umór.

4) Pod krawatem?

Czy raczej niekoniecznie. Najwyraźniej – o ile to tylko możliwe – korpoludek z warszawskiego biurowego zagłębia wybiera tę druga opcję. A może to po prostu firmy same poluzowały nieco kołnierzyki i przestały dręczyć pracowników zbyt rygorystycznym dress codem? Trudno mi powiedzieć. Dość, że raczej rzuca mi się w oczy rzadki widok korpomana w pełnym rynsztunku, niż kogoś „przebranego za hipstera”. I mówię tu nie tylko o swoim korpo.

5) To imponujące!

Oczywiście nadal błyskotliwa korpokariera robi wrażenie, nie oszukujmy się. I w sumie dla absolwentów zawsze będzie to fajna „szkoła życia”.  A te wyższe stanowiska zawsze będą powodem do dumy (zwykle uzasadnionej). Jednak wśród mojego otoczenia (30+) coraz modniejsze są opowieści o tym, że Komuś Się Udało I Poszedł Na Swoje. Nie ważne, czy tym Czymś jest spora firma, czy jednoosobowa działalność. Taki odważny krok –o ile okazuje się sukcesem – daje „szacun na dzielni”.

6) Wstyd czy spryt?

Mam wrażenie, że ambicja, rozumiana jako wyścig szczurów, jest czymś chorym. Kopanie dołków pod innymi, pęd za awansem (byle szybciej), czyli coś, co kiedyś przypisywano korpokulturze, jest oceniane już nie jako przejaw sprytu, ale powód do wstydu. Takie miałam wrażenie i po małej korporacyjnej „sondzie ulicznej” mogę śmiało przyznać – moi korpoznajomi są podobnego zdania. Albo mam fajną firmę, albo to  po prostu trend.

7) Czas ekspertów 

Czym w takim razie zastępujemy ambicję typu „jak najszybciej, jak najwyżej”? Rozwojem kompetencji. Pracuję z ludźmi, którzy stale poszerzają swoją wiedzę w dziedzinie, którą się zajmują. Wydajemy spore pieniądze na fachowe publikacje, testujemy nowe rozwiązania. Sami z siebie. Ambicję pionową – z góry na dół, część z nas zastąpiła tą poziomą – chcemy być najlepsi, ba – jedyni tak świetni – w swojej dziedzinie. To łączy się nieco z punktem 5. Superekspert sam staje się produktem swojej wymarzonej firmy. I zarazem jednym z Tych, Którym Się Udało I Poszedł Na Swoje.

8) Rodzina po godzinach

Rodzina jest fajna. Rodzina jest ważna. To nie obciach powiedzieć, że zamiast imprezy typu „stary, ale nam się film urwie, no mówię ci” chcesz posiedzieć z dziećmi. To nie pasuje do wizerunku Malczika, który podrywa w dobrym klubie złe dziewczyny, prawda? I dobrze. (I uwaga, pisze to osoba, która dzieci nie ma.)

9) Samo-pomoc

Nie mogę wyjść z podziwu, jak popularny jest wolontariat. I jakie spora część moich znajomych ma parcie na udział w szlachetnych inicjatywach. Największy kontakt mam akurat z dziewczynami, działającymi w organizacjach prozwierzęcych. Zapracowane po uszy przez cały dzień, wieczorami i weekendami pracują na rzecz „braci mniejszych”. Nie wydaje mi się, żeby jakoś brakowało im regularnego pójścia w tango, a życie „na bogato” wolą zamieniać na weekendowe wyprowadzanie schroniskowych psów.

10) Brak reguł

No dobrze – to, co napisałam dotyczy moich znajomych, mojego korpo (i kilku okolicznych). Może gdzie indziej nadal ludzie zagryzają się w swoich zagródkach na ołpenspejsie. Może gdzieś tam trwa walka o „pionowy” awans. Może nadal ktoś tam wychodzi o 21:00 z pracy i ma ochotę napić się drinka w modnym klubie. Nie mnie oceniać. Ani nikomu innemu. Bo dziś nie ma już – jak sądzę – sztywnych reguł ani definicji tego, co można nazwać „karierą”.

I chyba dobrze.

Ps. Mój dobry kumpel stwierdził, ze po prostu się starzejemy i to w naszych głowach dokonała się rewolucja. Być może…