Krytyka czyni mistrza

Nie ukrywam, że wpis zainspirowała pewna dziennikarka „to be”, ponoć studentka pierwszego roku dziennikarstwa. Dziewczę nieśmiało wrzuciło swój pierwszy artykuł na pewną grupę facebookową. Dla całkowitej zmyły powiem, że była to grupa o ogrodnictwie, a rzeczone dzieło traktowało o sadzeniu bylin. 309px-Jheronimus_Bosch_011

Błędy – co dostrzegłam z niejakim podziwem dla studentki – pojawiły się nawet w krótkim statusie zajawiającym linka. I to w liczbie, jak na długość wypowiedzi, imponującej. Ale OK. Może nerwy debiutantki?

Artykuł był straszny. Nie bójmy się tego słowa. Przypominał typowe precle, czyli liche teksty, najeżone słowami kluczowymi a służące tylko i wyłącznie do pozycjonowania strony w wyszukiwarkach. Są freelancerzy, którzy takich precli potrafią wystukać nawet kilkadziesiąt dziennie. Bo też ani nie są one długie, ani wymagające intelektualnie, ani nawet dobrze płatne.

Dziewczątko poprosiło o opinie na temat artykułu i wytknięto jej najpierw ogrom błędów ortograficznych (i to na poziomie pierwszej klasy, nie pierwszego roku dziennikarstwa), potem gramatycznych i stylistycznych a wreszcie merytoryczną pustkę. Wszystko niezwykle grzecznie i z wyczuciem, za które grupowiczów szanowałam. Poważnie. Konstruktywna krytyka to piękna sztuka. Zwłaszcza – jak miało się okazać – krytyka kolegów po fachu.

Tymczasem reakcję dziewczęcia postanowiłam zamienić na…

5 WIELKICH CYTATÓW,

KTÓRE POZWOLĄ CI PRZEJŚĆ PRZEZ ŻYCIE, NIE UCZĄC SIĘ NICZEGO

 

1)      Zazdrościcie mi, dlatego krytykujecie.

Ciężko było ustalić, czego zazdroszczą autorce rozmówcy. Okazuje się, że chodzi po prostu o napisanie artykułu. Całego artykułu. Rozumiecie. Zresztą zazdrość jest motywem dość popularnym w argumentacji ludzi, którzy nie znoszą konstruktywnej krytyki. I sprawia, że rozmówcom opadają ręce.

2)      To zostało zamieszczone na portalu, dlatego wiem, że jest dobre.

Ha ha ha…. Ha ha ha ha… Ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha… Ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha… Och proszę, już nie mogę… Ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha ha… Na-por-ta-lu… Ha ha ha ha…

no

3)      Dopiero się uczę, więc nie masz prawa mnie tak krytykować, jak byś oceniał profesjonalistów.

W internecie nikt nie słyszy twojego krzyku. Chyba, że piszesz z CAPS LOCKIEM. Nikt nie wie też, czy jesteś profesjonalistką, czy dyletantką. Więc oceni Cię jak każdego innego. Zresztą zdradzę, Ci coś, studentko – słowo dyletant, czyli zupełny amator, pochodzi faktycznie od dilettare – lubować się w czymś. Nawet jeśli nie zgłębiłaś danej dziedziny, to chociaż sympatia dla niej powinna otworzyć cię na naukę. A nauka to właśnie uznawanie i wprowadzanie poprawek.

4)      Chyba nie muszę wiedzieć wszystkiego o sadzeniu bylin, żeby o tym pisać artykuł. To tylko artykuł a nie wielka książka!

Zgoda (częściowo). Dziennikarz nie musi znać się doskonale na wszystkim, o czym przyjdzie mu pisać. Ale powinien mieć w związku z tym pokorę i zadbać o dwie rzeczy – research, zanim napisze i korekta błędów – także merytorycznych, kiedy już napisał. Co ciekawe, droga studentko, wybrałaś zawód, w którym nauka nigdy się nie kończy. A zresztą, taki jest dziś chyba każdy zawód. Jeżeli chcesz być w czymś dobra, a nawet świetna, musisz wsłuchiwać się w każdą konstruktywną krytykę i traktować ją, jak darmowe kursy.

Druga sprawa – TYLKO artykuł? Jeżeli sama nie szanujesz swojej pracy, masz pełną świadomość, że jest ona niedoskonała, to dlaczego do jasnej anielki ją promujesz? I dziwisz się krytyce. Następnym razem, jeśli coś wypuścisz, niech będzie to dla Ciebie AŻ artykuł. Inaczej nie szanujesz odbiorców. A oni tego cholernie nie lubią. I dadzą Ci to do zrozumienia.

5)      Kim wy jesteście, żeby mnie pouczać?

Chwilę później ofiara nowego systemu edukacji dowiedziała się, że niestety – te nieliczne osoby, którym chciało się poświęcić czas na napisanie czegoś sensownego o jej artykule, były w taki, czy inny sposób związane przez długi czas z mediami. Ja swojego CV na ławę nie wykładałam. Zresztą w ogóle nie wzięłam udziału w dyskusji, zakładając – trochę na wyrost – że będzie draka. A ja w takich chwilach, zamiast się męczyć i denerwować, wolę iść po popcorn i patrzeć.

Zresztą – droga dziennikarko in spe, nawet, gdyby krytykę przypuścili zwykli czytelnicy, bez doświadczenia dziennikarskiego, to także jest ona cenna. Bo to do nich piszesz. I musisz ich szanować. Nawet, jeśli przyjdzie Ci popełnić tekst do tytułu, którego odbiorcy mają dużo niższe wykształcenie i znacznie mniejszą wiedzę niż Ty. To wciąż czytelnicy. I jeśli ich nie szanujesz, to co konkretnie robisz w mediach?

OK, ale dlaczego tak się pastwię nad dziewczyną? Bo uważam, że to postawa, którą można zrobić sobie krzywdę. Co innego zwykłe obrażanie, które niektórzy trenują jak sport, a co innego rzeczowe, merytorycznie uzasadnione uwagi. Wiem to z własnego doświadczenia. Dostawałam takie wiele razy i czasem zdarzało mi się iść wypłakać „na stronie”. Innym razem piekły mnie policzki. Jeszcze innym, bez większych emocji, przyjmowałam to, co mi mówiono. Choć oczywiście, zdarzało mi się także  strzelić focha z przytupem i miotać drobnymi przedmiotami. A  jednak uważam, że odpowiednia krytyka to najlepsza szkoła. A jeśli chcecie ją zamieścić pod tym wpisem to…

…zastanówcie się najpierw kim wy w ogóle jesteście, żeby mi coś mówić. Niczego o mnie nie wiecie! Nie macie prawa, żeby mnie krytykować. Zresztą i tak po prostu zazdrościcie mi, że mam bloga! ;)

 

Obraz w slajderze i wpisie: Statek szaleńców, Hieronim Bosch, źródło: Wikimedia, www.arthistory.cc