Korpo, wszędzie korpo

mordor

Praca w korpo jest dla mnie trochę jak burzliwy a jednak pełen miłości związek*. I jak to z miłością bywa, wszystko wokół potrafi kojarzyć się człowiekowi z jej przedmiotem. Znacie to? Kochacie piegowatego rudzielca i nagle widzicie, że połowa miasta jest ruda i piegowata a jeśli nie to chociaż ma te jego zielone oczy, albo podobnie się ubiera, albo… No sami wiecie, jak jest. I podobnie jest z korpo. Wszystko się kojarzy. Od piosenki w radiu, przez rozmowę dwóch emerytek, podsłuchaną na przystanku, a traktującą o zakupie warzyw, po filmy i musicale. Przykłady? Proszę bardzo.

Upiór w operze – musical

Jak się wydaje, że jest

Jak jest faktycznie: Młodziutka stażystka, która do korpo trafiła za sprawą dobrze ustawionego tatusia, korzysta ile się da z mentoringu kontrowersyjnego, niezbyt wyględnego, ale diabelnie skutecznego CEO. Przy okazji, dzięki jego protekcji, awansuje w błyskawicznym tempie i dostaje lepsze projekty od reszty ekipy. Trudno jej przy tym odmówić talentu, a know-how ma najlepsze, bo z pierwszej ręki. Popełnia jednak czyn nierozważny i odkrywając swoją wewnętrzną blacharę („prepare your best horses, be with them at the door”- śpiewa wprost) leci, nie bez wzajemności, na jednego z członków nowej rady nadzorczej. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że rada uporczywie trwa na stanowisku, że CEO, mentor naszej młodej-zdolnej, czyli jedyna sensowna osoba w całym pierdolniku (może poza dyrektor M-me Giry), powinien natychmiast zacząć realizować się poza strukturami organizacji. Tak też się ostatecznie dzieje, niestety firma jest ostatecznie spalona na rynku. Reasumując: Czyste korpo, tylko że wszyscy śpiewają. W międzyczasie dużo zebrań, plotek i „far too many notes for my taste” jak to ujmuje jeden z członków rady, czyli są i papiery.

Władca Pierścieni

Jak się wydaje, że jest

Jak jest faktycznie: Rozrastająca się firma z gadzim oczkiem w logo, dokonuje wrogich przejęć pomniejszych spółek. A raczej chciałaby dokonać, bo brakuje jej do tego tylko jednego, najważniejszego papierka – jednego by wszystkimi rządzić. Ponadto, jak to w korpo: dużo zebrań i kiwania głowami. CEO, dyrekcja, zarządy… a i tak ostatecznie najważniejszy projekt z głupia frant realizują juniorzy (co jest trochę jednak nierealne, ale niech będzie, że licentia poetica).  Zespół projektowy złożony z CEO incognito, kilku ekspertów, jakiegoś tam loł menadżmentu i wspomnianych juniorów biega jak kot z pęcherzem po mitingach nie stroniąc od wewnętrznych niesnasek (to akurat brzmi jak #truestorybro). Ostatecznie wszystko kończy się dobrze dla spółek pomniejszych i źle dla ambitnego CEO Saurona. Takie życie.

Koty

Jak się wydaje, że jest

Jak jest naprawdę: Drugi musical w zestawieniu, ale spoko, ja lubię musicale :) Cały utwór pokazuje proces rekrutacji do korpo. Wszystko trwa długo, bo też i podobne procesy trwają długo, tylko jest w nich mniej miołczenia i wygibasów. Poza tym jest prawilnie: prezentacja umiejętności i przecenianie własnych zalet. Jest też fejm i szacun na dzielni dla osoby, która ostatecznie się dostaje. Generalnie mamy tu po prostu kilkadziesiąt minut wyśpiewywania cefałek. Ostatecznie po kilku etapach rekrutacji wygrywa osoba z największym doświadczeniem, co jest szanowane i możemy śmiało mówić o happy endzie.

Żołnierze kosmosu

Jak się wydaje, że jest

Jak jest naprawdę: Jak ja kocham ten film. Tylko teoretycznie opowiada on o wojsku przyszłości, walczącym z kosmicznymi robalami. Tak na serio to głęboka metafora konfliktów i rywalizacji między działami w korpo. Wie to każdy, kto próbował kiedyś coś załatwić, albo zakombinować w „strukturach organizacji”. Prawnicy, księgowi, ekanci, IT – wszystko to małe elitarne oddziały przekonane o swej najlepszości. I tak ma być. I to jest piękne. I to jest korpo. Ostatecznie w filmie wszyscy realizują targety odkrywając, że tylko współpraca ratuje tyłki całej firmie. Jak szkoleniowo…

Królewna Śnieżka

Jak się wydaje, że jest – wie każdy, już nie każcie mi szukać linków.

Jak jest naprawdę: Wychowywane przez właściciela firmy na następczynię na stołku CEO, ambitne dziewczę, zostaje nieoczekiwanie skłonione do „realizowania się poza strukturami firmy”. Ten zwrot w przebiegu kariery zawdzięcza jeszcze bardziej ambitnej turbo-korpo-biczy i audytowi prowadzonemu przez zewnętrzną spółkę Mirror. Okrutnie doświadczona mobbigiem, córka byłego CEO organizuje grupę siedmiu freelancerów i zakłada startup. Zasuwając w maleńkim biurze coworkingowym, zapomina o korpo, ale korpo nie zapomina o niej. Wskutek skomplikowanego procesu headhunterskiego, kilku niezdrowych zagrań byłej przełożonej i niewątpliwego udziału narkotyków, ostatecznie „wszystko dobrze się kończy”. Ambitna CEOówna przejmuje stery po tatusiu, ale już w kooperatywie z Dyrektorem Generalnym innego korpo (który w międzyczasie zdążył uratować jej tyłek i przywrócić stanowisko). Cholera wie co dzieje się z freelancerami, ale na litość, kogo obchodzą mali freelancerzy z ałtsorsingu?

300

Jak się wydaje, że jest

Jak jest naprawdę: Mała firemka walczy o rynek z dużym korpo. Prawie jej się udaje tylko dlatego, że zasuwają jak cyborgi, mają całkiem niezłego menadżera i najwyraźniej dobry pakiet socjalny, bo chodzą cali zmotywowani (Multisport to oni tam dostali na bank). Na czele korpo stoi tymczasem pajac. Na szczęście (dla korpo) co tysiące głów to nie trzysta i ostatecznie sektor MŚP po raz kolejny dostaje wciry. Pijar ma jednak, trzeba przyznać, znakomity.

Siedmiu wspaniałych

Jak się wydaje, że jest

Jak jest naprawdę: Kolesie od konsaltingu na projekcie.

 

Czujecie klimat? No to resztę dooglądajcie sami. A propozycje wrzucajcie w komentarzach. I pamiętajcie: korpo jest wszędzie (mi to pasuje).

 

* I tu nie ma cienia ironii. Ja na serio jestem fanką korpo. Ale o tym szerzej innym razem.

 

Zdjęcie: cyknięte z korpookien wprost na korpoświat, czyli Mordor na Domaniewskiej