Książki, sztuka, pieniądze

W mediach przetacza się właśnie dyskusja o tym ile powinien zarabiać pisarz. Jeśli w ogóle powinien.

Tak całkowicie na marginesie uważam, że tak, owszem, powinien – ale niekoniecznie na sprzedaży książki. Powiedzmy to sobie szczerze – na samej sprzedaży nie zarabiają nawet wydawcy prasy (z pewnymi wyjątkami, ale przecież i wśród pisarzy zdarzają się wyjątki zarabiające na bestsellerach). A przecież mamy tu do czynienia z ogromnymi nakładami. Pieniądze przynoszą dopiero reklamy i dodatkowe działania marketingowe.

Z książką jest teoretycznie nieco inaczej – nie można przecież naładować jej reklamami, bo to (póki co) nie przejdzie. Jednak to sama książka może być znakomitą reklamą – gigantycznym billboardem krzyczącym, że ten tu autor ma łeb jak sklep i warto go zapraszać na spotkania, prelekcje, do rozmaitych projektów. I właśnie na tym, co się wydarzy PO reklamie można fajnie zarobić. Dlatego uważam, że faktycznie Kaja Malanowska nie do końca ma rację. Choć przy okazji powiedziała kilka ciekawych rzeczy, nie przeczę. Jej adwersarze również. Summa summarum wyszła z tego fajna i potrzebna dyskusja. W jej toku po raz kolejny przypomniano, że książek zwyczajnie nie ma komu czytać. Poszukałam cyferek, które by to obrazowały. Znalazłam taki oto przygnębiający raport: trzask TUTAJ.

I faktycznie:

W 2012 roku osób, które można uznać za „rzeczywistych” czytelników, było 11%. (…) W ciągu dekady 1994-2004 odsetek takich osób wynosił 22-24%.

Mało. I apele Kai Malanowskiej raczej nie pomogą w poprawieniu tych statystyk. Podobnie, jak szaro (czyli jednak nie czarno) widzę przyszłość rządowego programu Ku Poprawie.

Dlaczego? Wróćmy na chwilę do cytowanego wyżej raportu. A konkretnie do takiego oto cytatu:

Czytanie w sensie bardziej tradycyjnym jest praktyką „bycia gdzie indziej”, oderwania – przynajmniej do pewnego stopnia – od przymusów doraźnej bezpośredniości codziennych obowiązków (…).

No właśnie. Poza typowo użytkowymi walorami, lektura zawsze pełniła funkcję rozrywki. Dziś po prostu tych rozrywek jest więcej.

Być może kiedyś sięgały po książkę osoby zmuszone do tego z braku alternatywy. Dziś wybrały by grę komputerową, czy film – równie skutecznie „odrywając się od rzeczywistości”. Pierwsze skojarzenie – intelektualni troglodyci! No cóż, niekoniecznie. Film może być sztuką – o tym już praktycznie się nie dyskutuje. Czy sztuką może być gra komputerowa? Tu zdania są podzielone, przy czym ja zdecydowanie jestem na tak. A zainteresowanym tematem polecam ten artykuł i kilka dobrych gier:  JourneyTension, Dear Esther i – pod względem historii/prowadzenia narracji starutki Planescape: Torment (Przemo, dzięki za selekcję).

No chyba, że pomyślimy o sytuacji, kiedy „chcąc się oderwać od rzeczywistości” ktoś sięga po Jarmusha (choćby i dla widoku Toma Hiddlestona), a rezygnuje z Miliona Pińciuset Twarzy Greja czy innej grafomanii.

Krótko mówiąc – nie utożsamiajmy spadku czytelnictwa z brakiem otwartości na kulturę jako taką. Bo tu znaku równości nie będzie nigdy – a przynajmniej do momentu, w którym znikną wszystkie książki złe. A one akurat mają się znakomicie.

I kolejna rzecz – co to znaczy, że „czytelnictwo spada”?

A może właśnie normuje się po latach nienaturalnego wzrostu. Krótko mówiąc – może sama z siebie ludzkość, jako ogół, nie za bardzo lubi czytać? Lubi za to fajne historie, a już forma ich podania jest jej obojętna. Czy będzie to opowieść wędrowca przy ognisku, pieśni barda, książki, filmy, czy prezentacje multimedialne. Kiedy najłatwiejszą albo najbardziej atrakcyjną formą pozyskania opowieści staje się książka, to sięgają po książkę. Ale pamiętajmy, że do stosunkowo niedawna (patrząc na dzieje ludzkości ogółem) książka była towarem deficytowym. Nikt nie wycinał lasów pod Trylogię Zmierzch. Druk nobilitował i trafiał w ręce nielicznych. To chyba wtedy utarło się, że czytanie to ho ho. Potem czytelnictwo rosło bo książka stawała się coraz bardziej dostępnym dobrem nie tracąc dobrego pi-aru, jak sądzę i nie mając konkurencji w postaci kina, TV, czy radia. Czytała arystokracja i kucharki. Poszukiwali historii w książkach, bo książki były. Teraz mają do dyspozycji różne przekaźniki i dopiero taki stan jest zdrowy. Niezdrowe jest natomiast – w moim przekonaniu – stwierdzenie, że szmirowata książka, jest nadal wartościowa „bo to Książka”. Że mamy książki czytać dla samego czytania „bo to Czytanie”. Tak jak nie przekonuje mnie, że wszystkich pisarzy powinniśmy jakoś ozłocić, „bo to Pisarze”.

Sporo w tym tekście moich wynurzeń, siłą rzeczy jest on więc subiektywny. Ale będę trwać na stanowisku, że ludzkość kocha dobre historie. Także w reklamie. Kto jest zainteresowany tematem powinien zajrzeć na poletko uprawiane przez Pawła Tkaczyka.

A kto nie jest niech lepiej poczyta książkę, albo obejrzy film, albo pogra w grę. Na zdrowie.