Miłość fanowska. Co to niby jest?

800px-Iron_Maiden_in_the_Palais_Omnisports_of_Paris-Bercy_(France)

Chadzam na randki bardzo rzadko, bardzo niewinnie i całkowicie nieskutecznie.  Ale nie o damsko-męskich perypetiach będzie ten tekst. Przynajmniej nie do końca.

Przyjmijmy jednak, że randka dogadana, z panem już się mniej więcej znamy, ubrałam się ładnie, co przy weekendzie rzadko mi się zdarza (jako stworzenie leśnobiegowe zwykle mam wtedy na sobie hot kotjur de Decathlon), dojechałam do Wielkiego Miasta (gdyż mieszkam tuż-pod) i w ogóle. Idziemy do jakiejś aliganckiej warsiaskiej knajpy (łicz iz gud), jest chwila, w której powinno robić się romantycznie, jest niebo gwieździste nade mną i ogólnie fajno, gdy wtem! On rzecze, w trakcie swobodnej gadki-szmatki: „Mejden? To takie dziady”, „Iron Maiden, nie, sorry nie mój klimat”, lub (#najgorzej) „Nie znam tego”.  I wtedy robi się niezręcznie. Robi się chyba nawet gorzej, niż gdy koleś nie uważa kotów, albo gdy twierdzi uparcie, że Niemcy są najlepsi w samochody*. Ogółem niesmak. I raczej niestety wieczór skończony nim się zaczął.

Ponieważ ten czy ów (imion nie przywołam) nie docenia jednej ważnej rzeczy – miłości fanowskiej. Głupiej, wiernej, totalnej.

Mejdenów wielbię bezkrytycznie od lat ponad dwudziestu i nic nie wskazuje na to, by coś miało się zmienić w tej materii. Usłyszałam ich dzięki mojej Pierwszej Miłości, już w LO. Mój Ukochany (który nawet nie wiedział wówczas, że nim jest, lub tylko to niejasno przeczuwał) pożyczył mi kasetę (#gimbynieznają) Number Of The Beast. I to było olśnienie. Słuchałam na okrągło. Tłumaczyłam teksty. Interpretowałam i nadinterpretowałam. Doczytywałam. Zapisałam się nawet do czeskiego fan-clubu bo na polski nie było mnie stać. A potem dzięki znajomościom mojej mamy dostałam się na zamknięte spotkanie (!) w Sheratonie (!!) z Maidenami (!!!) i zdołałam wydusić z siebie tylko coś w rodzaju „good evening”, bo generalnie im bardziej kogoś szanuję, tym mniej z siebie wyduszam. Nawet teraz, niemal 20 lat później, patrzę na ten hotel z niejakim respektem, bo przecież to Tutaj w Tym Miejscu, och.

Najlepsze w miłości fanowskiej jest to, że masz ją z kim dzielić. W moim przypadku była to B. z którą przyjaźniłam się na zabój przez całe LO. Obie wzdychałyśmy do Mejdenów i dzieliłyśmy ten słodki ból marzeń, które nigdy się nie spełnią. Ba! Nawet nie powinny. Jeśli czegoś nauczyło mnie życie, to między innymi tego, że idoli należy wielbić na odległość.

To my pewnego razu nabazgrałyśmy na klatce schodowej napis Iron Maiden prawilną czcionką. Przepraszamy. To my śniłyśmy sny z Dickinsonem czy Harrisem w rolach głównych. I omawiałyśmy je na jawie. To my i miliony innych uczyłyśmy się tekstów piosenek na pamięć. To my wydawałyśmy pierwsze, z trudem zarabiane pieniądze na kasety, koncerty albo te numery Metal Hammera, w których choćby wspomniano o Mejdenach. Nosiłyśmy koszulki z podobizną przeszpetnego Eddiego (kto zna, ten wie), katowałyśmy nogi rurkami bo przecież Mejdeni tak robili a stopy glanami, bo Tak Było Trzeba (B. miała Wranglery, czego nienawidziłam, ja miałam oryginalne Martensy, czego zapewne ona nienawidziła, więc była między nami równość i braterstwo). To my chodziłyśmy na wspólne spacery każda z Walkmanem (® i TM i w ogóle), bo po co rozmowa, kiedy jest Bruce. To my poszłyśmy kiedyś z koszyczkiem-święconką bo inaczej nie byłoby kieszonkowego i pieniędzy na kasetę Powerslave (to była niewielka wyrwa w moim ateizmie, poszłam, poświęciłam i wróciłam nadal nie wierzywszy). O koncertach już nie wspomnę, bo było to przeżycie wręcz mistyczne i opisać go nie sposób.

Stare dzieje, kombatanckie. I dla kogoś, kto nigdy nie fanił, zapewne bardzo nudne. Ja zresztą nawet nie o Mejdenach chciałam, ale o miłości fanowskiej jako takiej. Bo ją Wam polecam. Wiem, że trudno ot tak pokochać, choć od roku przyfaniłam jeden zespół i jednego rysownika, więc chyba jednak można. Wiem też, że z biegiem lat odkrywamy, że zespoły to często po prostu marki z tą całą marketingową machiną, która ma nas, fanów ustawić dokładnie tak, jak komuś gdzieś w lśniącym biurowcu wyszło w excelu, co następnie zaprezentował w eleganckim ppt. Taką marka jest obecnie Iron Maiden, najprawdopodobniej. Jednak nie zamierzam się nad tym szczególnie długo zastanawiać. Z wiekiem człowiek chyba coraz więcej myśli, a coraz mniej czuje i to cały nasz problem. Miłość fanowska, tymczasem, jest czystą emocją, bezmyślną, wręcz głupią. I w tej głupocie wzruszającą. Kiedy dyskutujemy na fejsie ze znajomymi i nieznajomymi o tym, ile Mejdeni stracili na zamianie – Clive’a na Nicko, albo czy Bayley był pomyłką totalną, czy tylko drobnym potknięciem i wreszcie (tu zbliżamy się do rejonów niebezpiecznych, uwierzcie mi na słowo) Dickinson czy DiAnno, to krew zaczyna szybciej płynąć, źrenice się rozszerzają, a temperatura rośnie. I jesteś już nie specjalistą z korporacji, zdolnym freelancerem, czy dziennikarzem u szczytu sławy, nie. Jesteś pryszczatym nastolatkiem w rurkach, który swoich racji będzie bronił do krwi ostatniej a Mejdenów obrazić nie da. Jest tu jakaś plemienna wspólnota, jest bój pod wspólnym sztandarem, są łzy wściekłości czy wzruszenia. A przede wszystkim nie ma tego zblazowania brodatych (choć teraz to już bardziej koczki niż brody, nie nadążam, ja – tak szpetnie mejnstrimowa) rajbanowców z warszawskich placów, popijających prosecco i ze znudzoną miną kontestujących wszystkie przejawy życia.

Życzę Wam, żebyście fanowski szał przeżywali jak najczęściej. Bo życie samo w sobie, bez miłości – nawet takiej, to jednak trochę nuda. I strata czasu.

Nowy singiel mejden na zakończenie.

Up the Irons!

Ps. Nowy album Iron Maiden już 14. września. Jaram się jak Łazienkowski (badum tsss)

gdy wiadomix, że najlepsze samochody to trzy kraje – Japonia, Nippon i Japan.

 

Źródło obrazka Wikimedia Commons Trzask tutaj

  • http://srogo.me/ Michał Nierebiński

    Myślę, że tylko prawdziwa miłość fanowska pozwala mi szczerze a soczyście wyzłośliwiać się nad obiektami mych fanowskich uczuć 😛

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Ale to trochę jak z rodziną. Ty możesz sobie dworować, innym wara 😀

      • http://srogo.me/ Michał Nierebiński

        Tru that, tru that!

  • Michał Koch

    Jest taki zespół, który tak na mnie działa. Imię jego Pearl Jam, na drugie Eddie Vedder. W ich obronie gryzę i drapię, o.