Nie-do-powiedzenia

Ile razy śmiałam się ze scenariuszy, w których osią intrygi było niedopowiedzenie. A to Jose nie powiedział Marii, że Esmeralda jest tak naprawdę jego siostrą; a to Sophie dała do zrozumienia Jean-Claude’owi, że jest mężatką i nie szuka przygód podczas, gdy jako singielka usychała z miłości do niego, a to wreszcie (i tu pierwszy prawdziwy przykład) Kopciuszek nie powiedziała słuchaj Książę, jest taka sprawa… Wszyscy za przeproszeniem srają się z tym przez około 120 minut (film) albo 12 odcinków (serial) zamiast szczerze wyłożyć sprawę na ławę i uniknąć nieporozumień, kłótni, rozstań i przykrości. Tyle, że akurat to co w takich produkcjach najśmieszniejsze, jest jednocześnie bardzo życiowe.

cisza

Dobra, czasem taka tabliczka faktycznie się przydaje. Ale nieraz bycie cicho może ostro pokomplikować życie.

Przedstawię Wam teraz biadolenia, które ciągle przez dziesięciolecia przewijają się w rozmowach:

Szef mnie nie docenia. Nie wie jak pomagam kolegom i ile robię bo inni przypisują sobie moje zasługi. (Adresat biadolenia to oczywiście nikt, kto może wpłynąć na sytuację, ot – kumpel przy piwie, szwagier itp.)

Żona/mąż mnie nie rozumie! (Tu oczywiście najlepszym adresatem biadolenia jest model 2.0, który w odróżnieniu od żony/męża rozumie). Inna wersja: Ona/on nigdy nie wie czego ja potrzebuję (Adresat: koledzy przy szklance whisky/koleżanki pochylone nad kolejnym mohito).

Stara/Baba od polskiego mnie bez sensu opierdziela za tamto, a to przecież nie ja. (Adresat – współtowarzysze nastoletniej niedoli).

Do tego dochodzi to całe – „koleżanka z pracy za bardzo dzwoni łyżeczką jak miesza”, „pół biura ma dość jej głośnego śmiechu” itp. Tu adresatem może być każdy – od rodziny po dalekich znajomych.

Problem jest jeden – w żadnym przypadku komunikat nie trafia do osoby zainteresowanej, ba! najczęściej nawet nie ma takiej szansy. Tak dobieramy sobie audytorium, żeby broń boże nie usłyszała tego osoba, która może cokolwiek zmienić.

Sama popełniłam ten błąd i to dość niedawno. Chodzi o kolegę, który pali e-papierosy. Nie podoba mi się zapach, jaki wydobywa się z tego ustrojstwa, łapię wręcz odruch wymiotny. Najczęściej chodzi o karmel albo winogrono, ale mają się do swoich pierwowzorów jak zielone jabłuszko z odświeżaczy do kibla do autentycznego zapachu jabłek. Zbierałam się kilka miesięcy, żeby pogadać z kumplem. Bo go lubię i jestem… zbyt tchórzliwa na poważne rozmowy (ktoś się obrazi/ktoś mnie obrazi – wiecie jak jest). Przypadkiem kiedyś napisałam na fejsie komentarz w większej dyskusji ludzi wkurzonych tym niby-nie-inwazyjnym e-paleniem w autobusach, sklepach czy na uczelni. I co? Kolega dowiedział się tak czy siak. I to on zaczął rozmowę. A mi było jakoś głupio. Przecież wystarczyło po ludzku pogadać. I tak też pogadaliśmy. Nie zjadł mnie. :)

Inne tego typu historie mogą być nawet śmieszne. Na przykład całą grupą znajomych trafiacie do śmiertelnie nudnego muzeum, czy na film, który zabija nudą. Oczywiście nikt się nie odezwie, przekonany, że na pewno innym się podoba. W efekcie cała grupa męczy się okrutnie żałując, że tego dnia nie zostali w domu.

I są wreszcie historie mało zabawne. Kiedy komedia pomyłek szybko zamienia się w tragedię pomyłek. Bo czasem przez nie powiedzenie wprost można sporo stracić. Do dziś głowię się dlaczego nie porozmawiałam z przyjaciółką z czasów studiów. Ani ona ze mną. Po prostu z dnia na dzień przestała się do mnie odzywać. Odsunęła się całkowicie. A ja, zamiast dociekać, ujęłam się honorem. I też się nie odzywałam. Czujecie? Dwie laski, które gadały ze sobą codziennie, nagle udają, że się nie znają i nikt nie wie o co chodzi. Przecież to zbyt głupie, żeby było prawdziwe. A jednak.

Po latach trąci mi to „podstawówką”. Ktoś jej czegoś o mnie nagadał. Ona uwierzyła. I obie się nadęłyśmy. Bez sensu. Nie mogę jej dziś odszukać, a chętnie bym pogadała. O tej sprawie i nie tylko. Przy okazji jeszcze jeden wniosek – nie mówienie to woda na młyn dla kłamców. Jednej osobie nawciskają takiego kitu, drugiej innego i mogą spać spokojnie. A nie powinni. Bo nałogowi, patologiczni kłamcy są jedną z największych zakał tego świata. Poważnie.

Reasumując – w większości przypadków warto przełamywać strach i mówić jak jest. Duma to towar zdecydowanie za wysoko ceniony. Czasem lepiej dać sobie z nią spokój.

„Szef cię nie docenia”? Informuj go, w miarę możliwości o swoich osiągnięciach. Może faktycznie ich nie ogarnia, albo coś przeoczy. Ja np. wysyłam maila albo głośno informuję o większych sukcesach. Przełożony słyszy i odnotowuje, a nikt pod moje osiągnięcia się już nie podepnie.

„Żona cię nie rozumie” „Mąż nie wie czego potrzebujesz” – to co robicie wieczorami? Oglądacie TV? Czy cudze, wyreżyserowane problemy są na serio ciekawsze od Waszych, prawdziwych? Może lepiej poważnie pogadać. I nie zakładać, że ktoś domyśli się, że coś jest nie tak. Nie domyśli się. Albo zrobi to za późno.

Stara albo Baba od polskiego opierdziela niesłusznie? – koledzy nie pomogą. Rozmowa tak. Stara i Baba nie wiedzą zapewne jak było. Dowiedzą się tylko od ciebie. Jeśli nie przyjmą prawdy, to dopiero wtedy możesz się wkurzyć. Nie wcześniej.

Koleżanka robi coś wkurzającego – no i tu jest większy problem. Bo trzeba ocenić, czy w razie czego nie straci się więcej niż się zyska. I wspiąć się na wyżyny dyplomacji. Ale na moim przykładzie e-papierosów widać, że najprostsze rozwiązanie – czyli rozmowa „na stronie” jest tym najlepszym. I tyle.

A niedopowiedzenia? Oby istniały tylko tam gdzie ich miejsce – w komediach pomyłek.

I tak, wiem, ze to „oczywista oczywistość”. Ale czasem zdarza mi się o niej zapomnieć. Być może Wam również.

 

Źródło obrazka: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Taize-Silence.jpg autor http://commons.wikimedia.org/wiki/User:MaikMeid