No płacz sobie, płacz

Dwie sytuacje, które zdarzyły się dawno, ale pamiętam je jak wczoraj.

Pierwsza – Miałam z pięć lat i pomagałam mamie przy gotowaniu obiadu (co oznaczało rysowanie komiksów tyle, że za biurko służył mi kuchenny blat; do dziś nie umiem gotować, ale umiem rysować komiksy). W pewnym momencie gaz się skończył, mama podpięła nową butlę i bum – z jednego palnika ogień poszybował na krótką chwilę pod sam sufit. Nic poważnego – ot zaskoczenie, ale dla mnie armageddon. Wrzeszcząc na całą japę uciekłam z kuchni i pobiegłam do innego pokoju się wypłakać. Przy czym powiedzieć „cry me a river” to mało. Ja wylałam morze tych łez. Tata wysłany jako jednostka mająca to morze powstrzymać pogłaskał, poczochrał, ale stwierdził „Niech się wypłacze.” A następnie zachęcił „no płacz sobie, płacz”. Wypłakałam się, przepracowałam traumę i jakąś dekadę później sama zmieniałam butle (z bojaźnią i drżeniem, ale jednak).

Druga – Dużo później. Warszawa. Metro.Właśnie rozwalił mi się związek, taki na poważnie. Jak to zwykle bywa, nieszczęścia chodzą nie parami ale całymi stadami, posypało się więc też trochę innych małych rzeczy, w efekcie co chwilę coś uwierało mnie jak kamyk w bucie. Chciałam więc uciec gdzieś na urlop, przemyśleć kilka spraw. I tym właśnie metrem z tego urlopu wracałam, sprowadzona wieścią, że zalało mi kuchnię. To była ta ostatnia kropla, przepełniająca czarę. Tylko, że… nic z tej czary się nie ulało, bo zwyczajnie, gdzieś po drodze zatraciłam umiejętność dziecięcego, spontanicznego wypłakania się, kiedy wszystko idzie źle.

Sytuację z metra zapamiętałam jednak nie dlatego, że to mi się chciało płakać. Powód był inny: naprzeciwko mnie siedziała pani, dobrze po sześćdziesiątce. I w ręce zaciskała zmiętą chusteczkę. Oczy miała zaczerwienione, twarz smutną, ale nic poza tym. Całą sobą starała się nie płakać publicznie. I tak jechałyśmy obie. Dziwnie bliskie w tym zmieszaniu swoim smutkiem, w tym zażenowaniu chwilową niedyspozycją. Zamiast rzucić lekko do gawiedzi w metrze „No co się patrzycie, niech się wypłacze”, a potem jedna do drugiej „Płacz sobie, płacz”. I byśmy tak sobie współjechały, współpłakały i ostatecznie może nawet współprzepracowały nasze traumy – stokroć gorsze niż nieco większy płomień z kuchenki gazowej. Wysiadłam. I tyle ją widziałam.

Przypomniałam sobie obie te sytuacje, w chwili, kiedy kolega, z głębin internetów wydobył ten tekst (jeśli ktoś się poczuwa do autorstwa, niech da znać, bo nie udało mi się go ustalić).

Psycholog podczas wykładu na temat zarządzania stresem przeszedł się po sali. Gdy podniósł szklankę z wodą, wszyscy pomyśleli że zaraz zada pytanie „czy szklanka jest w połowie pusta czy pełna”. Zamiast tego, z uśmiechem na ustach, zapytał „ile waży ta szklanka?”.

Odpowiedzi były różne, od 200 g do 0,5 kg

Psycholog odpowiedział: „Nie jest istotne ile waży ta szklanka. Zależy ile czasu będę ją trzymał. Jeśli potrzymam ją minutę to nie problem. Gdy potrzymam ją godzinę, będzie mnie boleć ręka. Gdy potrzymam ją cały dzień, moja ręka straci czucie i będzie sparaliżowana. W każdym przypadku szklanka waży tyle samo, jednak im dłużej ją trzymam tym cięższa się staje.

Kontynuował: „Zmartwienia i stres w naszym życiu są jak ta szklanka z wodą. Jeśli o nich myślisz przez chwilę nic się nie dzieje. Jeśli o nich myślisz dłużej, zaczynają boleć. Jeśli myślisz o nich cały dzień, czujesz się sparaliżowany i niezdolny do zrobienia czegokolwiek.

Pamiętaj by odłożyć szklankę.”

Dobra, ja psychologiem nie jestem. Jako skromny sloganopis, mogę podsumować tę coelhową historię starożytnym przysłowiem, popularnym w mojej części Mazowsza: „Pocałujta w dupę wójta”. Co to znaczy „odłożyć szklankę” i nie myśleć o zmartwieniu? Co to znaczy „Jeśli myślisz o zmartwieniach cały dzień, czujesz się(…) niezdolny do zrobienia czegokolwiek?” A co mam robić – tańczyć kankana?

Dziecko ci choruje? Znajoma zginęła w wypadku? Dostałeś wyrok od lekarza? Firma skłania Cię do „realizowania się poza strukturami”? Zostawiła cię miłość życia? Lub nawet – do cholery – po prostu zebrały się te małe rzeczy: od urzędowego wezwania do zapłaty, pustek na koncie, przez kolejne zapalenie zatok, dodatkowe 3 kilo wagi (jakim cudem???!!!), wredną uwagę znajomych czy brak butów w Twoim rozmiarze a wszystko to jednego dnia? No cóż…

Men_don't_cry

Prawdziwy facet nie płacze? Och, co za bulszit. Kogoś, kto to wymyślił i wpoił całym pokoleniom powinno się pokazywać w jakimś freak-show.

Relax, tekerize. Nie myśl o tym bo wiesz… rąsia-szklanka, szklanka-rąsia. Myślenie boli. Niemyślenie nie boli. I stoisz sparaliżowany tą szklanką pełną problemów, lęków i złości a tu trzeba się uśmiechać do współprasażerów w metrze bo inaczej to jakbyś powietrze zepsuł – po prostu niegrzecznie. Bo wmówili Ci, że smutek to obciach, mało, że „to taki nasz typowo polski obciach”. I trzeba się śmiać w głos, 24 godziny na dobę działać, coś cały czas przedsiębrać, aktywnym być, targety robić, w szał wpadać, imprezy mieć epickie a życie płciowe bujne. Hej!

Człowieku dobry. Cały czas uśmiecha się tylko lala Barbie. I – jeśli dziecko Ci pozwoli – sprawdź co ta lala ma w głowie. Ja, dzięki pewnej Ewce z osiedla, która urwała głowę mojej Barbie, co okazało się uszkodzeniem nieodwracalnym (nie, Ewko z osiedla, pewnych rzeczy się nie wybacza, pamiętam cię i kiedyś się spotkamy, ja i ty w samo południe, tylko teraz już nie będziesz ode mnie o głowę wyższa!) wiem już, że Barbie w głowie ma pustkę. I ta pustka faktycznie nie boli. Reszta z nas ma coś w głowach, więc nosi swoje szklanki łez aż ręce im omdlewają. I, do cholery – czasem nie ma w tym nic złego! Czasem to jedyne wyjście, wylać swoją rzekę, swoje morze łez. Żeby się w nim nie utopić.

Dam Ci radę, którą dał mi kiedyś tata. „No płacz sobie, płacz”. Aż się wypłaczesz.

Dzięki temu za kilka lat sam zmienisz butlę z gazem, a twój kolejny związek będzie kanwą dla poradników-światowych bestsellerów. Tego Ci (i przy okazji sobie) życzę.

 

 

Fot. Ben Newton, Źródło obrazka Wikimedia, http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Men_don%27t_cry.jpg