O jednej kawiarni

20150522_163128_HDR2

Zamknęli mi kawiarnię.

Nie dosłownie mi – bo byłam tam tylko klientką, nie żadnym udziałowcem i to nawet nie stałą, a przynajmniej nie w takim rozumieniu, jak w przypadku Friendsów i Central Perk. Ale zamknęli jednak kawałek mojej historii. Ważnej.

I

Było szaro, choć środek dnia, za oknem wiał lodowaty wiatr, zrywał z drzew ostatnie, ścięte mrozem liście a ja tam, wewnątrz, opowiadałam komuś historię swojego życia. Historię, która doprowadziła mnie do tego miejsca i czasu trochę poobijaną, ale jednak z nową, udaną fryzurą, sukienką, która pokazywała, że dieta działa i promiennym uśmiechem. W środku było ciepło i jasno. Piłam gigantyczne kapuczinko z chilli i malinami. Podejrzanie dobrze pasowało do mojej historii. Metafora idealna.

II

Po liściach nie było już ani śladu, znów siedziałam w tym samym miejscu, w innym czasie i nie pamiętam już co piłam, jaką miałam fryzurę, ani jaką sukienkę, bo najważniejsze było to, że dla odmiany ja słuchałam czyjejś historii życia. Za oknami było ciemno. Cały świat był ciemny i groźny, jak ciemna i groźna umie być zimowa noc. W środku było jasno i ciepło. I spokojnie. Pamiętam. I pamiętam, że kiedy wyszliśmy, wszędzie było jasno. Mimo, że noc.

III

Liście zaczęły nieśmiało pojawiać się znowu, każdy dzień był coraz cieplejszy, jaśniejszy i lepszy, kiedy znów się tam pojawiłam. W ciasnej łazience zmieniłam szybko ubranie – z eleganckiego, w którym właśnie miałam Ważną Biznesową Rozmowę, na takie które bardziej pasuje na punkowy koncert. Byłam w epicentrum zmian. I miałam poczucie, że mam na nie jakiś wpływ. Nareszcie, od dawna. Ze z telefonem przy uchu – omawiając minione spotkanie i umawiając się do pubu, jednocześnie pospiesznie wsuwając stopy w martensy, zamówiłam na migi mocną, czarną kawę. Udało się bez pudła. Wszystko się udawało. Byłam panią świata, wybiegając z jasnego wnętrza na ulicę, która nie miała tej nocy zasnąć nawet na chwilę.

III

Do kawiarni wpadłam wiele tygodni później, tuż po kolejnym, jeszcze ważniejszym spotkaniu, na które przygotowałam się w nerwach, właściwie nie sypiając. W szpitalu, kilka kilometrów dalej, bliska osoba przechodziła właśnie ciężką operację, a ja miałam kilka chwil, by wypić kawę przed ciężkim dniem w ciężkim miejscu. Zamówiłam podwójne espresso takim tonem, jak w filmach zmęczeni ludzie proszą barmana o mocny trunek. Nigdzie nie było dla mnie jasno ani ciepło. Nawet kawiarnia była zimna i ciemna. Był gorący, bezchmurny, wiosenny dzień, dziesiąta rano. Dopiłam kawę i wyszłam.

IV

Ta sama osoba, o której myślałam tamtego strasznego dnia, była teraz ze mną, zdrowsza na tyle, żeby usiąść w najwygodniejszym fotelu całej kawiarni. Miejscu wyjątkowym, wśród wyjątkowych. Überfotelu. Wygodnym, dużym, umieszczonym tak by widzieć wszystkich, nie będąc obserwowanym. By być wyżej niż inni, ale dyskretnie, bez zbędnej ostentacji. Kawiarnianym fotelu doskonałym. Posadziłam ją tam i poszłam zamówić dla niej to swoje pierwsze, najdoskonalsze cappuccino z chilli i malinami. „Nie mamy dziś malin – zasmuciła się kelnerka, by za chwilę cała się rozpromienić – chyba, że chwilę pani poczeka.” Wybiegła, młodziutka, szalona, na ulicę i wróciła z dumą niosąc kupione z samochodu obok pudełko pełne świeżych malin, rozgrzanych letnim słońcem. Podała je na spodeczku, dodała do kawy, wszędzie pachniało latem, słońcem, malinami. Wszystko było dobrze.

V

Siedziałam w wielkim fotelu sama, czując, jak mnie pochłania, wciąga między poduszki. Byłam sama doskonale. Jak to w Tym fotelu: niewidoczna a obserwująca. Piłam cappuccino z chilli i czekoladą – poddali się i przestali dodawać maliny. Ta czekolada burzyła doskonałą kompozycję. Była fałszywą nutą. Nie pasowała. Spojrzałam po ludziach wokół. W dniu, w którym skończyłam starą pracę i jeszcze nie zaczęłam nowej, w dniu, w którym czułam się dumna i zagubiona, samodzielna i zależna od innych, siedziałam w fotelu czując, że na niego nie zasługuję. Że to nie jest moje miejsce i że nie ma nigdzie miejsca, które nazwałabym swoim. Patrzyłam na twarze, ale wszystkie były obce i nikomu nie opowiedziałabym swojej historii. I niczyjej historii nie chciałam słyszeć. Byłam sama. Na końcu drogi i na jej początku. W fotelu, który nie był mój. Ze złą kawą.

VI

Dziś był jeden z tych dni, które ostatnio tak wytrącają z równowagi i sprawiają, że staję się tak zmienna w nastrojach, że na wszelki wypadek, lepiej do mnie nie podchodzić. Dieta upadła, w piękną sukienkę nie mieszczę się już wcale a włosy krzyczą o fryzjera. Może do niego zajrzę, może nie. Nie czuję potrzeby.Choć potrzeba jest. Pogoda wariuje i ja mam prawo. Trochę chora, jak to wczesną jesienią, trochę gorączki, więc klimat miasta zdał mi się oniryczny. Tylko jeśli był to sen to się rozpadał na moich oczach. Bo miejsca, w którym tyle się stało i nie stało się zupełnie nic, po prostu nie było. Nie było kawy, malin, fotela, ludzi, światła i ciepła. Kawiarnia zniknęła.

 

Dołączyła do mieszkania moich dziadków. Do drzewa, na którym z przyjaciółką spędzałyśmy długie godziny naszego dzieciństwa. Do mojego dawnego pokoju u rodziców. Do mojego obecnego domu, który za moment opuszczę, a z nim zostawię swój las, swój ogród, wszystko swoje. Dołączyła do mapy miejsc, które każdy z nas nosi w sobie. Mapy nieistniejących miast, zburzonych domów, zamkniętych knajp, opuszczonych mieszkań.

Można próbować podążać za tą mapą. Czekać, że znów będzie dzień, kiedy opowieść pokona styczniową noc, kiedy szalona dziewczyna wybiegnie szukać malin, kiedy wszystko będzie bliskie. Albo zdać sobie sprawę, że to jedna z tych Warszaw, które odeszły. Nie ma jej i nie będzie. I wiecie co – cokolwiek otworzą tam gdzie była moja kawiarnia (a otworzą, centrum miasta nie znosi próżni) wejdę tam, coś zjem, wypiję, kupię. Może jeszcze chwilę będę patrzeć na miejsce, gdzie stał ten fantastyczny fotel. Może pomarudzę, że kiedyś mieli tu maliny. A potem usiądę i będę patrzyła z nowego miejsca jak pędzi miasto.

Codziennie nowe miasto.

Foto: To ja i tamto obłędne kapuczinko.