O przyjaźni

20150125_202048

To jest mentalna podstawówka – zawyrokowała przyjaciółka, kiedy nakreśliłam jej z grubsza obraz mojego życia uczuciowego, a był to obraz straszliwy, którego raczej w żadnym szanującym się muzeum nie pokażą. Niestety trafiła w czuły punkt – mentalnie chwilami tęsknię za podstawówką, czyli czasami, w których definiowanie pewnych emocjonalnych stanów było tyleż proste, co zbędne. Weźmy na warsztat właśnie przyjaźń. Nie tę konkretnie. Po prostu przyjaźń

J. poznałam w trzeciej klasie i po kilku rozmowach postanowiłyśmy zostać najlepszymi przyjaciółkami dopóki nas śmierć nie rozłączy (przebaczcie patetyczne sformułowania, ale obie znałyśmy Anię z Zielonego Wzgórza na pamięć i posługiwałyśmy się górnolotnym słownictwem). Póki co słowa dotrzymujemy, nawet jeśli widujemy się niezwykle rzadko – lub zgoła wcale, jeśli fejs się nie liczy. Tym niemniej, kiedy już rozmawiamy, uwierzcie mi, wszystko jest tak oczywiste i proste jak w chwili, gdy podjęłyśmy decyzję o przyjaźni. Wtedy znaczyła ona tyle, że znamy nawzajem swoje sekrety, świetnie się bawimy, spędzamy ze sobą tyle czasu, że nasze mamy mają problem z ustaleniem, ile właściwie mają córek i generalnie jest szał. Jeśli tamta przyjaźń miała jakieś wypaczenia, to być może przesadną zazdrość: widząc z kuchennego okna moją przyjaciółkę na spacerze z niejaką D., otrzymałam cios prosto w serce. Mimo to, w kolejnych latach to ja zaczęłam chadzać na spacery z innymi, bo w końcu zrozumiałam, ze przyjaźń to nie monogamia. Tylko, że właśnie w tym momencie jednocześnie umknęła mi odpowiedź na pytanie

czym ona właściwie do cholery jest?

Prawda i tylko prawda

Ale się upieprzyłaś he, he, he – tak właśnie zaczęła się jedna z moich najtrwalszych przyjaźni. Mało romantycznie, ale to nie miłość, żeby zaczynała się od jednorożców rzygających tęczą. Poza tym faktycznie się upieprzyłam he, he, he. Gryzłam sobie nerwowo długopis a tenże zabrudził mi pół twarzy, zanim ta życzliwa dusza mi o tym (he, he, he) powiedziała. Inni po prostu patrzyli.

Przyjaciele mówią. Mówią wprost i mówią w twarz. Powód? Mają chyba mniej do stracenia niż ludzie zakochani a zależy im bardziej niż znajomym. Więc jeśli się upieprzysz (he, he, he), głupio zakochasz, zapragniesz nagle rzucić wszystko i… (tu wstawić jakiś przedziwny pomysł), czy wyglądasz ostatnio jak niewyspany kartofel – powiedzą Ci to. Ale też zaproponują rozwiązanie. Moi tak robią. Kocham ich za to.

Znajomość bez słów

O, jesteś zakochana – orzekła X. Widziałyśmy się wówczas po długiej przerwie, w trakcie której ona na francuskim uniwersytecie zgłębiała wiedzę o ekonomii i życiu a ja rozmyślałam nad aksjologicznymi aspektami oceny dzieła sztuki oraz nad tym, gdzie wyjechać na zmywak, gdy już otrzymam tytuł magistra filozofii, specjalność etyka. Owszem, byłam zakochana i z mojego otoczenia nie wiedział o tym nikt poza nią i samym Obiektem. Jeden przelotny rzut oka na moją szczerą, słowiańską gębę i miała streszczenie ostatnich miesięcy, lepsze niż znajomi, którzy widywali mnie wówczas codziennie. Tamta miłość zakończyła się swoją drogą – jak w zasadzie każda dotąd – nieszczęśliwie, przyjaźń trwa nadal. Z X., balansującą obecnie z gracją między karierą a rodziną (obie udane, nie wierzyłabym, gdybym nie widziała), spotykam się teraz niezwykle rzadko. Ale kiedy już – czyta ze mnie nadal jak z otwartej książki. I to jest piękne.

Koło ratunkowe

Eee już bez przesady, dasz se radę – w minionych miesiącach usłyszałam to od znajomych kilka razy, w chwilach, w których czułam, że grunt usuwa mi się spod nóg. Za każdym razem brzmiało to w mojej głowie jak „idź być przegrana gdzie indziej, nie mam ochoty ci pomagać”. Chodzi o takie nonszalanckie „dasz sobie radę”, wygłaszane z pozycji człowieka kąpiącego się w jaccuzzi do kogoś kto tonie na morzu. Faktycznie, dałam sobie radę, ale mam krótką listę osób, które na to morze po mnie wypłynęły i rzuciły koła ratunkowe. Czasem była to pomoc w wypełnieniu jakiegoś druku, wyjaśnienie zawiłości prawnych, zdjęcie z głowy wydatków np. na zrobienie zdjęć do ważnego ogłoszenia, innym razem uspokojenie mnie gdy wpadam w panikę „bo w pracy cośtam, cośtam, ICOJAMAMTERAZZROBIĆ?” czy „nie idzie mi tekst NIEUMIEMPISAĆ, już NIGDY nic nie napiszę”, albo – zupełnie z innej beczki – podtykanie właściwych utworów, we właściwej chwili bo – jak już pisałam – żywię się pięknem i moi przyjaciele o tym wiedzą. Ci ludzie byli dla mnie i to się czuło. Ja będę dla nich. Choć oby nie było okazji.

Szósty zmysł

Jaką ja z Ciebie teraz będę miał bekę… Ale jak tylko ci to będzie przeszkadzać, że się śmieję, to daj znać. – To autentyczny tekst mojego przyjaciela. I faktycznie miał ze mnie zapowiadaną tak szumnie bekę (w sumie słusznie, sama miałam z siebie bekę w tamtej sytuacji, nad która się tu nie będziemy, jednakowoż, pochylać). Kluczowe, choć dziwne, jest to ostatnie zdanie i ta troska „jak tylko ci to będzie przeszkadzać”. Ale tacy są przyjaciele. Ktoś z boku może myśleć, że się nie lubimy, że się z siebie nabijamy, że się obrażamy do n-tego pokolenia. Śmiech na sali. Przyjaciele mają jakiś szósty zmysł, pozwalający im nie powiedzieć za dużo, albo nie uderzyć tam gdzie boli. Dwa razy ten zmysł mnie zawiódł i do dziś pamiętam to uczucie. Obrzydliwe. Przyjaźń to czysta życzliwość. I to taka najszczersza z możliwych.

Pełna bezinteresowność

A wiesz, myślałam ostatnio o tobie – pisze Y. a mnie od razu bierze cholera. Nie, nie dlatego, że ktoś o mnie myśli. Tylko doskonale wiem, że jeśli konkretnie Y. o mnie myśli to będzie to oznaczało zlecenie z najlepszej kategorii: „za darmo, na wczoraj”. I teraz kilka słów wyjaśnienia – lubię zlecenia, czasem nawet te za darmo (zresztą pisałam już o tym). Lubię też pomagać przyjaciołom. Ale Y. przyjaciółką nie jest z prostego powodu – „myślałam o tobie” znaczy u niej tylko i wyłącznie „chcę od ciebie”. Nic w zamian. Y. ma ludzi skategoryzowanych, poupychanych w szufladkach i otwiera te szufladki jedynie, kiedy dana osoba się przyda. Nie oceniam. Y. miała w życiu cholernego pecha i to nauczyło ją być twardą sztuką. Może kiedyś jej sytuacja się ustabilizuje i będzie ją stać na komfort bezinteresownej przyjaźni. Póki co nikomu jej nie daje. Ani nie dostanie ode mnie.

Przyjaciele mi pomagają. Ja pomagam przyjaciołom. Ale to zawsze pochodna. W centrum jest człowiek. Wartość nadrzędna.

OK… Zebrała się naprawdę solidna piątka.  Nadal jednak, poszczególne pojęcia to nie definicja. Mało tego, przyjaciele wymykają się nawet tym pojęciom: co mają jedni (np. umiejętność czytania mi prosto z twarzy), tego nie mają inni. Jednych znam od kilku lat, innych od urodzenia. Różny jest też status majątkowy, zainteresowania, życie rodzinne, sposób spędzania czasu, filozofia życiowa i wiele innych aspektów. Nijak nie da się tego zebrać w sensowną całość. Wykładam się zatem na tych definicjach całkowicie.

Jednocześnie jest pociecha: wielcy filozofowie też się wykładali. Ba! często potykali się np. o konieczność rozróżnienia przyjaźni od miłości – wiadomo przecież, że stoją one blisko siebie – obie zgodnie z doktryną klasyczną, oddane dobru i pięknu, oddzielone czasem naiwnie przepierzeniem namiętności (naiwnie, bo i bez niej można kochać na wiele nienamiętnych sposobów), w obu liczy się dobro drugiego człowieka a on sam jest celem, nie środkiem. Nie wejdę w te zawiłości. Powiem jedynie, że blisko mi tu do koncepcji, zmierzających w stronę pozostawienia wszystkiego po prostu czuciu, nie metodologii.

Jestem usprawiedliwiona – skoro wybrane wielkie umysły dały sobie spokój, to i mój, maluczki, może odetchnąć.

Ostatecznie zatem, powiewając białą flagą, powiem Wam jedno: jeśli w najczarniejszą z czarnych nocy chcesz i możesz komuś napisać „Dobrze, że jesteś” a odpowiedź będzie brzmiała tak samo, to jestem cholernie pewna, że nie ma potrzeby niczego definiować.

Tu trzeba raczej:

– być faktycznie wdzięcznym światu, że ta osoba istnieje i jest gdzieś tam dla ciebie,

być dla tej osoby oparciem kiedy cię potrzebuje tak żeby nie zmieniła zdania,

nie schrzanić tego w żaden z tysięcy możliwych sposobów i dbać o tę relację.

To proste, jak w podstawówce. Niech żyje mentalna podstawówka!

 

 

  • http://hegemon.blog.pl/ Dawid Lasociński

    Czasami można schrzanić, dobry przyjaciel wie, że każdy popełnia błędy. Przyjaźń wymaga czasu, a dobry przyjaciel nie ocenia, nie doradza, on/ona jest. Z ciekawością przeczytałem Twój tekst :-)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Widzę, że mamy podobnych przyjaciół i podobnie ich traktujemy. :) Dziękuję za komentarz!

  • http://patiblogujeblogspot.com/ patibloguje

    Zgadzam się z przedmówcą – do Twojego tekstu warto dodać tylko te 2 zdania. Ze swojego doświadczenia widzę, że przetrwały tylko te przyjaźnie, które pielęgnowane były przez obie strony. Jak się czasem zapomni podlać tę roślinkę, to nic – ona nie uschnie, przetrwa to, ale jeśli taka ignorancja trwa długi czas – w relacji nie ma już co zbierać.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Prawda! Chociaż z drugiej strony zauważyłam, że takie „zdechłe roślinki” czasem łatwiej podnieść, niż zasadzić nowe. Tak czy siak, o wszystkie relacje trzeba dbać.