Pytanie, które zabija

11082657_974567745916731_5173212531098917503_n

Podobno nie ma głupich pytań. Niech będzie, że to prawda. Ale na pewno są pytania, których zadawanie jest – w pewnym kontekście – wyjątkowo męczące. Ten tekst jest właśnie o jednym z nich – podcinaczu skrzydeł, niszczycielu pasji i skutecznym zabawopsuju. O pytaniu „po co?”.

Nie przekreślam go całkowicie. Zwłaszcza na gruncie zawodowym. Wiele bzdurnych pomysłów i całkowicie nieefektywnych działań zrealizowano tylko dlatego, że nikt na żadnym etapie nie powiedział „ludzie, ale po co my to w ogóle robimy?”. Zostawmy jednak pracę w pracy. Tu chodzi mi o zadawanie tego pytania po godzinach. Dopiero wtedy ma właściwą siłę rażenia.

Przykłady?

Ostatnio tłumaczyłam przyjaciółce czym są social media. Wyzwanie sporego kalibru, bo dziewczyna odmawia zgłębiania tematu. Ominęło ją szaleństwo Naszej Klasy, z żelazną konsekwencją olewa fakt, że „wszyscy są na fejsie”, nie tyka Twittera, Insta, Snapa, Vine’a i jeśli narodzi się jakaś nowa moda, ją także programowo odrzuci. I OK. Nie ganię, nawet rozumiem. Ale macie chyba pojęcie, jak trudno było mi wyjaśnić dlaczego ja, z kolei, mam smartfona praktycznie przyrośniętego do ręki i co chwilę w nim gmeram inaczej reagując na dźwięk „pok!” inaczej na „pimm” a jeszcze inaczej na „brdummm”. Tym niemniej spróbowałam.  Wykład trwał długo, zawierał masę emocji, ploteczek, nazwisk i pseudonimów, inspiracji a nawet lokowanie kilku produktów. A jednak na koniec padło pytanie-zabójca:

ALE PO CO?

No i jak ja miałam odpowiedzieć? Przez głowę przeleciały mi obrazy z całego życia sołszjal midiowego: sporo newsów, które poznałam z wyprzedzeniem, jakieś tam heheszki, kilka poczynionych znajomości, kilka fajnych dyskusji i dużo, dużo zdjęć kotów, jedzenia i samochodów. Albo kotów jedzących w samochodach. Albo samochodów jedzących koty.

1250550556_by_ymca69_600

No lubię, no. – wybąkałam ostatecznie, bo i co mogłam odpowiedzieć na tak postawione pytanie. I nie mówię tu o służbowym, czy może szerzej – branżowym wykorzystaniu SM

Od tamtej chwili nie minęło wiele czasu. I właśnie w soszjalmidiach dostałam znów w papę tym samym pytaniem – „Po co?” Tym razem chodziło o bieganie. Konkretnie bieganie maratonów. A pytanie zadał niebiegający kolega.

Z perspektywy amatora, takiego jak ja, bieg jest przegrany zanim się zacznie. To nie amerykański film o dzielnych nieudacznikach, którzy sięgają po złoto pod wodzą dobrego trenera. Można najwyżej ścigać się ze znajomymi, albo – co powszechne – z samym sobą. Ja tym razem (czyli już 26 kwietnia) odrzucam nawet myśli o życiówce (za duża waga, za słaby trening), a mimo to biegnę i zamierzam mieć z tego tytułu masę frajdy. No właśnie, frajda. To z nią zderza się czołowo pytanie „PO CO?”

Lubisz jeździć po nocy samochodem, bez celu, po prostu?  PO CO?

Lubisz usiąść w parku i wymyślać historie o przechodzących ludziach? PO CO?

Lubisz leżeć w wannie tak długo aż woda całkiem wystygnie? PO CO?

Lubisz czasem zaszywać się w domu na cały weekend i oglądać seriale? PO CO?

Mój problem z tym pytaniem jest generalnie taki, że gdzieś pod jego bardzo cienką powłoką kryje się nieco inna kwestia – finansowa. Krótko mówiąc – jak możesz robić coś, co absolutnie Ci się nie opłaca? Nie twierdzę, że osoby pytające „po co?” robią to z przyganą, czy złośliwie. W życiu! Najczęściej powoduje nimi naturalna ciekawość. Coraz częściej widzę, że w dzisiejszych czasach i w moim otoczeniu jest po prostu taka tendencja – wynikająca z permanentnego braku czasu – żeby nie trwonić nawet chwili na coś, co nie przekłada się na wymierne korzyści – nie pomnaża zysków, nie przynosi wiedzy, nie zapewnia realizacji podstawowych potrzeb. Sama wpadam w tę pułapkę i skrupulatnie zapełniam każdą wolną chwilę obowiązkami, łapię fuchy, douczam się, generalnie pilnuję, żeby nie marnować czasu. A jeśli czuję, że marnuję (social media, (za) częste i (za) długie bieganie, nie mówimy tu o zdrowej „godzinie ruchu dziennie”) to próbuję, czasem rozpaczliwie, znaleźć możliwie racjonalną odpowiedź na pytanie PO CO?

Tyle, że jak się zastanowić, to wyjątkowo głupie. Bo gdzieś przy okazji pytania o wymierne korzyści straciłam umiejętność nudzenia się, totalnego relaksu i wrzucenia na luz. Za to dostałam kolejną porcję poczucia winy. Bo niby dlaczego leżeć z bananem na gębie i patrzeć na chmury, jeśli w tym czasie mogłabym uczyć się angielskiego?

 Znajduję tylko jedną odpowiedź – czasem trzeba sobie zaufać.

W liceum godzinami siedziałam pisząc opowiadania, listy do przyjaciółek (to nic, że mieszkały w blokach obok), albo zapisując kolejne kartki pamiętnika. Po co? – pytali moi rodzice, wkurzeni, że nie uczę się w tym czasie jakże pożytecznej matematyki (wiem, że to czytacie i że znów będziecie wkurzeni, ale no musiałam, no). „Z pisania nie wyżyjesz”. Wyżyłam. Ale nawet, gdyby skończyło się tylko na hobby – jak w przypadku rysowania, mojego drugiego licealnego pożeracza czasu, to co z tego?

Każda nasza działalność może mieć więcej sensu niż sami przypuszczamy. Nawet jeśli tym sensem jest po prostu: odpocząć, żeby nie zwariować. I tego Wam życzę.

Odpoczywajcie i nie dajcie się zwariować. Miłego weekendu

  • http://srogo.me/ Michał Nierebiński

    W życiu zawodowym pytanie „Po co?” ratuje mi życie. „Co chcesz tym osiągnąć?”, „Jaką korzyść chcesz odnieść?”. Dla mnie to podstawa zachowania higieny psychicznej. Ale poza pracą zakopałbym to pytanie w ogródku. Gdybym miał ogródek.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Dlatego od razu zaznaczyłam – wpis obowiązuje tylko „po lekcjach”. W robocie wręcz koniecznym jest pytać „po co?” i to do znudzenia. Oraz mogę użyczyć Ci ze dwie grządki ;)

      • http://mydloipowidlo.blogspot.com/ karolina.ja

        W robocie to pytanie też czasem zabija fajne pomysły, tylko dlatego, że mogą się nie sprawdzić. A czasem i w robocie dobrze jest poeksperymentować. Nawet jeśli coś się nie sprawdzi i okaże się stratą czasu”.
        No to takie moje przemyślenia, bo do niedawna to pytanie było u mnie zadawane zbyt często. Teraz, niestety, mam wrażenie, że w ogóle nie jest zadawane.

        • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

          Jednak mam wrażenie, że w pracy to pytanie zwiększa efektywność. Mam tu na myśli zadanie pytania PO CO? np. kiedy ktoś zwołuje spotkanie w sprawie ustalenia terminu spotkania, które podsumuje wnioski ze spotkań ;) W reklamie z kolei pytanie „po co?” pięknie oczyszcza przekaz i pomaga trzymać się briefu.

          • http://mydloipowidlo.blogspot.com/ karolina.ja

            Zgadzam się, że w pracy to dobre pytanie, ale i tam może być nadużywane.
            I myślę, że w życiu też się przydaje. Szczególnie jeśli siłą rozpędu robi się pewne rzeczy, „bo wypada” na przykład. Uważam, że to pytanie, które jest świetne, żeby nas otrzeźwić.
            A w tych sytuacjach, które wymieniłaś w tekście odpowiedź jest zawsze „bo lubię” i tylko żal nam moe być ludzi, dla których to nie jest wystarczający argument.

  • http://www.spesalvi.pl/ Spesalvi

    Ja bym rozdzielił tu dwie kwestie chyba. Również w kontekście tego, co po pracy. Tu też warto zadawać sobie pytanie, po co. Czym innym jest jednak sytuacja, w której to Ty zadajesz sobie pytanie „po co to robię?”, a czym innym – gdy ktoś zadaje je rzeczywiście w charakterze zabijacza dyskusji.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      OK, racja. Tylko, że w sumie w kontekście, o którym tu piszę, i własne i cudze pytanie „po co?” oznacza to samo „dlaczego marnujesz czas na coś z czego nie ma kasy/pożytku?” I w sumie nie jest ważne kto je zada. Ale w innym kontekście faktycznie trzeba rozdzielić cudzą dociekliwość od autocenzury.