Rozśmieszyć świat

Pamiętacie pamiętniki? Takie ozdobne notesy, do których wpisywało się patetyczne rymowanki pełne wykrzykników i rymów częstochowskich? Moja przyjaciółka kiedyś napisała mi w czymś takim trzy słowa:

Czudaki ukraszajut mir.

Trochę zajęło mi sprawdzenie, o co chodzi (internet nie był wtedy chlebem powszednim). W końcu rozwiązałam zagadkę: „dziwacy zdobią, czy też upiększają świat”. Ładne. Z Maksima Gorkiego.

Coś w tym jest. Ludzie, którzy nie boją się zrobić czasem czegoś głupiego, nie traktujący siebie jakoś przesadnie serio, faktycznie umilają życie. Fajnie czasem samemu stać się takim czudakiem: poluzować nieco kołnierzyk i zrobić coś nieopłacalnego, nielogicznego, całkowicie „od czapy”, bez najmniejszego sensu i pożytku. Po prostu po to, żeby świat stał się fajniejszym miejscem. Albo chociaż bardziej zabawnym. Przykłady? Proszę bardzo.

Chociażby taka sytuacja – jechałam kiedyś autobusem, „nudy panie, nudy”. Nagle zobaczyłam wlepkę. Prostą naklejkę z równie prostym napisem:

Uwaga! W autobusie grasuje morświn.

oderwij-sobie-karteczkeParsknęłam. Było to tak absurdalne, że aż śmieszne. Dziękuję ci nieznany czudaku.

Podobną misję realizują zresztą także znane łódzkie „czudaki” z grupy Zawiera Zawartość – polecam ten profil na Facebooku. Znakomita rzecz.oderwij_sobie

Kolejną rzeczą są dość modne (przynajmniej z tego, co widzę w sieci) karteczki typu „weź sobie”. Załączam fotki. Mała rzecz, a cieszy, prawda?

 

Innym sposobem, by „ukrasić mir” (a przy okazji, nie oszukujmy się, potykacznieco na tym zarobić) są kreatywne „potykacze”. Celują w tym restauracje i puby. I bywa całkiem zabawnie, jak na zdjęciu, które udało mi się zrobić w pewno bardzo gorące lato.

Ukraszać można sobie także pracę. Fajne przykłady biurowych żartów znajdziecie chociażby TUTAJ

Ja praktycznie w każdej dotychczasowej pracy miałam do czynienia z robieniem dowcipów. Czasem jako współsprawczyni, innym razem jako ofiara (złe słowo bo sugeruje, że jest się jakoś pokrzywdzonym, podczas, gdy faktycznie śmiejesz się razem z innymi). Stopień skomplikowania żartów był różny. Od jablkonajprostszych (zamienienie monitorów osobom siedzącym naprzeciwko; zrobienie totalnego bałaganu koleżance mającej zwykle porządek na biurku (załączam fotkę); „przerobienie” peceta na maka (również załączam fotkę)) przez wymagające jako takiego zaangażowania (zrobienie koleżance zrzutu ekranu z pulpitu, następnie ustawienie tego zrzutu jako tapety i wreszcie ukrycie prawie wszystkich ikon; ustawienie kumplowi wygaszacza ze zdjęciami, na których jego facjata wmontowana była w archiwalne fotografie wielkich wydarzeń naszych czasów), po takie, które wymagały już większej dłubaniny (komputer kolegi poszedł do remontu, więc zrobiliśmy mu nowy z kartonu – miał nawet klikającą kartonową myszkę! – lepsze od żartu było tylko balaganzachowanie „ofiary” żartu: kumpel siadł bez mrugnięcia okiem i zaczął „pracować” na tym sprzęcie. Podobna rzecz pojawiła się w podlinkowanych „Top 12 najlepszych żartach biurowych” ale, z ręką na sercu, – nikogo nie podrabialiśmy :D ).

Można oczywiście powiedzieć, że „w pracy to się pracuje a nie bawi”. Oczywiście – w idealnym świecie psy nie szczekają – a już na pewno nie w nocy, bachory „zachowują się”, nie krzyczą pod oknami i nie grają w piłkę na podwórku, ludzie w pracy zamieniają się w roboty – w pełni skoncentrowane wyłącznie na wykonywanych zadaniach, jest cicho, spokojnie, praktycznie i pożytecznie. Jak ja się cieszę, że nie żyję w idealnym świecie. Tylko w takim, w którym kiedyś, gdy zorientowaliśmy się ze znajomymi, że jest pierwszy dzień wiosny a my za nic nie wyjdziemy z biura przed wieczorem, zrobiliśmy Marzannę z papieru toaletowego i wydając nieprofesjonalne okrzyki radości spuściliśmy ją w toalecie. Po czym wróciliśmy do pracy. Czy wywołało to jakieś tąpnięcie w polskiej gospodarce? Hmmm, no cóż, nie bardzo, robotę i tak musieliśmy zrobić. Ale lepiej się pracuje, kiedy przed chwilą człowiek porządnie się obśmiał.

Oczywiście, można być poważnym. Można wykonywać obowiązki służbowe we wskazanym przez pracodawcę czasie, następnie udać się do domu, gdzie człowiek zapozna się z jakimś dziełem kultury wysokiej, skonsumuje zbilansowany posiłek bez przypraw, odbędzie rozmowę ze czajniczekwspółmałżonkiem (dotyczącą już to wspomnianego dzieła, już to praktycznych aspektów prowadzenia gospodarstwa domowego) a następnie uda się na zdrowy spoczynek. Tylko się ciąć z nudów.

Nie oszukujmy się. Życie jest ciężkie a na końcu (SPOILER ALERT!!!!!) wszyscy umrzemy. Może więc wykorzystajmy ten czas nie tylko pożytecznie ale i przyjemnie. I uprzyjemniajmy go innym. Do dzieła czudaki! :D

Ps. To miał być wpis o namingu. I, oczywiście kiedyś napiszę o nowoczesnych nazwach nowoczesnych firm. Jednak w tym tygodniu przez pół godziny nie było prądu w biurze. Mój drim-tim wykorzystał to, żeby zbezcześcić mój czajniczek na herbatę. Przerobili go na Señor Salesa – naszego działowego, wyimaginowanego chłopca do bicia. Do dziś nie zrobiłam herbaty. Żal mi niszczyć ten żart. Za to obśmiałam się jak norka. Uspakajam: na PKB te pół godziny nie miało wpływu. Na nasze samopoczucie – owszem. I po prostu MUSIAŁAM o tym napisać.

Źródła obrazków:

http://www.garnek.pl/sominac/3740213/oderwij-sobie-karteczke

http://joemonster.org/mg/68173,16,Oderwij_sobie_

.