Słoik i łyżeczka

Czym są „Słoiki” wie od jakiegoś czasu każdy mieszkaniec aglomeracji warszawskiej, a nie wykluczam, że i całej reszty kraju. Najbardziej ogólna definicja to:

Ktoś, kto przyjeżdża do jakiegoś miejsca (miasta, miasteczka, wsi) „za chlebem”. Bywa czasem w domu rodzinnym skąd przywozi, w słoikach, pożywienie „od łojców”.

Czy Słoik to określenie pejoratywne? No cóż można tu odpowiedzieć modną ripostą „chyba twoja stara jest pejoratywna”. I nie będzie to jakoś szczególnie odbiegało poziomem od dyskusji na temat Słoików, jaka przetacza się od jakiegoś czasu w sieci i innych mediach.

No właśnie – od jakiegoś czasu. Temat nowym nie jest. Dlaczego więc piszę o tym dopiero teraz? Powód jest prosty – jestem żoną Słoika, któremu właśnie „stuka”  piętnaście lat odkąd wyjechał z domu. Słoika, który miażdży argumenty przeciwników „tych strasznych przyjezdnych” ponieważ zawsze grzecznie płacił podatki w miejscu zamieszkania a nie urodzenia. I nad wyraz chętnie asymiluje się z lokalną ludnością.

Takich, jak mój mąż są tysiące. A w skali kraju zapewne miliony. I nie wiem dlaczego nie miałoby tak być. Ci, którzy na forach internetowych machają swoim rodowym zasiedzeniem jak flagą, byliby po niedługim czasie skazani na chów wsobny, szybkie starzenie się, brak specjalistów (bo nie ma społeczności, w której idealnie „od zawsze” byliby przedstawiciele wszystkich możliwych zawodów) i wreszcie wymarcie. Powodzenia.lyzeczka

Pisząc te słowa, patrzę na leżącą na biurku łyżeczkę. To dość zabawna pamiątka męża sprzed 15 lat. Pochodzi z jednoosobowego kompletu sztućców, który przywiózł ze sobą do Warszawy. Oprócz tego miał dyplom, kilka ubrań na zmianę i dobre chęci. Sypiał w wynajętych pokojach (ich opis przyprawia mnie o zimne dreszcze), potem kawalerkach, wreszcie kupił swoje własne mieszkanie. Wspinał się po szczeblach korpokariery, ostatecznie „poszedł w dyrektory” a następnie na swoje. Skończyło się na domu pod miastem i wiązaniu końca z końcem czasem nawet na fantazyjną kokardę. Nie jest to (jeszcze) historia „od pucybuta do milionera”, ale kto wie, co będzie jutro. :) Ta stara łyżeczka przypomniała mi, ze zawsze chciałam napisać, że autentycznie lubię Słoiki. Za co? Już wyjaśniam. Tylko pamiętajcie, że cały czas biorę przykłady tylko z najbliższego kręgu (tak się składa, że pełnego Słojów) i nie są one poparte żadnymi statystykami. Mimo to, spróbuję:

1)      Potrafią zaczynać od zera.

Wiem, że nie wszyscy. Zgadzam się. Sporo znajomych Słoików nie dostawało niczego „na start”, żadnych pieniędzy od rodziców, żadnego „synu kupiłem i podsyłam ci autobus”. Miało za to dobrze poukładane w głowie i sporo odwagi. Dali radę.

2)      Są otwarci na świat.

Przyznam, że piszę to z niejaką zazdrością, jako osoba bardzo silnie zakorzeniona. Mieszkałam od rodzinnego domu w odległości maksymalnie trzydziestu kilometrów. Obecnie zaledwie dwunastu. Czuję się „u siebie”, jestem emocjonalnie związana z terenami „aglomeracji warszawskiej”. Przeraża mnie już samo wyobrażenie sobie, że nagle rzucam wszystko i jadę do Argentyny. Czy – mniej egzotycznie – do mojego ulubionego Wrocławia, albo nad – również ulubione – morze Bałtyckie. To jednak nieco ogranicza. A ograniczenia to nic dobrego.

3)      Są przedsiębiorczy.

Nie mówię, ze „lokalesi” tacy nie są. Ale Słoik bez przedsiębiorczości długo się nie utrzyma. Chyba, ze jest zasilany gotówką z domu. Ale takich jakoś nie znam. Znam natomiast osoby, które ciężko pracują ale i same wykazują inicjatywę. Zakładają firmy, szukają własnych nisz, inspirują innych i nie narzekają – nie mają czasu.

4)      Umieją korzystać z miasta.

Znajomi Słoje potrafią znaleźć miejsca, o których nie miałam pojęcia, choć prawie całe życie kręciłam się gdzieś obok.To właśnie nie lokalsi, ale mój domowy Słoik zaciągnął mnie (choć przyznam, że bez jakiegoś specjalnego oporu z mojej strony) na spacer po Warszawie z Urbiturem (swoją drogą polecam – można poznać miasto od podszewki). Na każdym takim spotkaniu cieszy się jak dziecko na „wycieczce do Stolicy” i chłonie wiedzę o mieście.

Ale nie tylko o takie „korzystanie” chodzi. Znajome Słoiki doceniają to, co daje duże miasto – a dla porządku przyjmijmy, że Warszawa jest takim (choć prawdę mówiąc miasto, które bez jakiegoś straszliwego przygotowania da się przebiec na jednym treningu trudno uznać za giganta, ale mniejsza o to). Widzę to po aktywnościach na fejsbuku – jeden znajomy Słój właśnie wybiera się do opery, znajoma Słoinka wrzuca recenzję przedstawienia teatralnego (które to już w tym miesiącu?) inna odkrywa kolejną knajpę, która za moment okaże się modna (laska ma ten tajemniczy, hipsterski dar…), podczas, gdy jeszcze inni Słoje testują kolejne obiekty sportowe miasta.

To chyba trochę jak z chodzeniem nad morze. Kiedyś rozmawiałam z panią, która wynajmowała kwatery nad Bałtykiem. Przyznała, że z pół roku nie była na plaży. Jakoś się nie zeszło. Ja – przyjezdna – żałowałam każdej chwili bez widoku na wodę, bo wiedziałam, że muszę nasycić się tym, czego mi tak brakowało. I Słoiki – zwłaszcza na początku – wydają się trochę takimi turystami. Chłoną, korzystają, cieszą się.

To przecież prosty mechanizm: w małych miasteczkach czy na wsi gdzieś daleko od miasta wszystko da się zorganizować, ale wymaga precyzyjnej logistyki. Znajome Słoiki doceniają więc, że nagle pod ręką mają tyle dobrego. I korzystają. Na zdrowie.

5)      Wnoszą powiew świeżości.

Można demonizować międzynarodowe multi-kulti, ale w lokalnym wymiarze (a póki co tylko taki znam) ma ono praktycznie same plusy. Wiem to z własnego doświadczenia, jeszcze z dzieciństwa, które spędziłam szczęśliwie w Twierdzy Modlin. To był tygiel rodzin z całej Polski skoszarowanych w jednym miejscu. Fantastycznym miejscu. Tu mogłam jeść jednego dnia dobrą śląską kuchnię u jednej koleżanki, by za moment przestawić się na przysmaki z okolic Białegostoku u innej. Przyswajałam zwroty z każdego zakątka Polski, lokalne legendy, drobne przesądy i zwyczaje. Prawdziwa kulturowa sałatka jarzynowa. Doskonale przegryziona. Przepyszna.

W dużym mieście wpływy Słoików są mniej widoczne. Ale są. I cieszmy się nimi.

Słoje są OK. Lokalsi też. Nie ma się o co kłócić. Poważnie.

 

Źródło zdjęcia w sliderze: http://commons.wikimedia.org/wiki/File%3ALoose_Leaf_Tisanes_-_Sparrows_Coffee.jpg Autor: Steven Depolo