Słowo na niedzielę

11988630_1057829800923858_4850650614017682287_n

Byłam zmęczona. Bardzo.

Szłam przez budzący się Plac Zbawiciela. Patrzyłam na ludzi spieszących, jak ja do pracy, na hipsterów rozkładających się na leżakach za swoimi makbukami, jak Janusze Plaż za parawanami; na śmigające z jajecznicami i bułeczkami kelnerki. Omiatałam to półprzymkniętymi oczami, przeklinając dzień, w którym wyprowadziłam się pod miasto zamiast mieszkać w pobliżu pracy i właśnie, rześka i radosna, wyskakiwać z pościeli.

Nagle mój zmęczony wzrok prześliznął się po murze, gdzieś między nadętą knajpą z za drogim pieczywem, a okienkiem modnymi lodami. I po wykutym w tym murze napisie:

Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy obciążeni jesteście a ja wam dam odpocznienie.

Proste. Trafne. Mocno kuszące. I nie do mnie kierowane. Ja bowiem, mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie w to uwierzyć. Ale po raz kolejny pozazdrościłam tym, którzy wierzą. I to całkowicie szczerze pozazdrościłam. Bo może faktycznie w wierze da się znaleźć ukojenie po tej całododobowej gonitwie? Nie wiem. Nie wierzę. W nic.

Kiedy, w Polsce mówisz, że nie wierzysz, to przede wszystkim deklarujesz niewiarę w dogmaty katolickie. W Europie ateista uznawany jest za tego, który sprzeciwia się chrześcijaństwu jako takiemu. Cały czas jednak pozostaje w kontrze do religii dominującej. Zapomina się często o tym, co zabawnie przedstawiono kiedyś na jednym z tych naiwnych obrazków krążących po sieci. Chrześcijanie, jak ateiści, nie wierzą w tysiące bogów i bożków. Różni nas podejście tylko do jednego z tysięcy.

I tak, wiem, że to uproszczenie – bardzo naiwne zresztą. Ale niech posłuży mi do wyjaśnienia, czym jest ateizm w moim konkretnym przypadku. Tak, jak chrześcijanie nie są w stanie tak po prostu uwierzyć w którąkolwiek z innych istniejących, czy upadłych religii świata, tak ja nie umiem uwierzyć w tę, którą wyznają moi bliscy i przyjaciele. Ani w żadną inną. A studiowałam ich wiele.  Czytałam Biblię częściej, niż spora część moich wierzących znajomych. Rozważałam. Próbowałam. Na litość, skończyłam nawet katolicką uczelnię. I nic. Jakbym próbowała manipulować przy kontakcie w domu, do którego nie doprowadzono prądu. Wiara jest jednak najwyraźniej faktycznie łaską. I mi jej nie dano.

A byłoby znacznie prościej

Uwierzcie – ateiści tak samo tracą bliskich, tak samo ich kochamy, tak samo potrafimy cierpieć, gdy spotyka ich krzywda, tak samo dotkliwie odczuwamy niesprawiedliwość, mierzi nas zło, porusza cudza krzywda – nie tylko ludzka i wreszcie

Jeśli kłujecie nas, czy nie krwawimy? Jeśli łaskoczecie nas, czy nie śmiejemy się? Jeśli trujecie nas, czy nie giniemy?

Z jedyną różnicą – nie mamy poczucia, że ktoś może się nami zaopiekować. Śmierć jest końcem – nie ma nadziei nawet dla tych, których kochasz. Martwi tyrani nigdy nie zostaną ukarani, martwi dobrzy ludzie, którym tu działa się krzywda – nigdy nie dostaną nagrody. Co jest złem, takim zostanie. Słabo? Słabo. Mam silne poczucie, że to właśnie sprawiło, że człowiek zaczął wierzyć. Ja nie umiem.

I co to faktycznie oznacza?

Nie – nie hulaj dusza, boga nie ma. Absolutnie. A tak właśnie często patrzy się na ateistów. Jako zarzewia wszelkiego zła – bo przecież odrzucając wielkie dobro są czystym złem. Wybaczcie, ale bulszit (i nie przyjmuję argumentów, że Hitler i Stalin, bo jeśli bawimy się w dziecinne przepychanki, to religie, i to wszystkie, mają swoje za uszami). Jeśli ten świat jest jedynym, trzeba uczynić go dobrym. Nikt za nas tego nie zrobi. Jeśli nie ma sprawiedliwości udzielanej odgórnie, trzeba ją osiągnąć tutaj, samemu. I tak staram się żyć. Z mniejszym lub większym powodzeniem. Wiedziona może kulturą w jakiej wyrosłam, wychowaniem, albo doświadczeniem podążam za imperatywem kategorycznym (znamy to całe „niebo gwieździste nade mną, prawo moralne we mnie”, prawda?) i wierzcie mi lub nie ale do większości z dziesięciu przykazań stosuję się znakomicie (czy lepiej niż katoliccy przyjaciele? Nie wiem. Nie zaglądam ludziom ani w portfele, ani w sumienia. Polecam ten styl życia.). Wykładam się totalnie na początkach i końcówce listy. Taki lajf. Bliskie są mi także wskazówki podszeptywane przez inne religie, ale niestety – bez łaski wiary, mogę je traktować tylko w wymiarze filozoficznym, czy – precyzyjniej – etycznym. Nie nadprzyrodzonym. A to by się nieraz przydało.

Autentycznie chciałabym wierzyć, że moi bliscy są w raju. Wierzę, że zasłużyli.

Autentycznie chciałabym wierzyć, że ktoś za dobre wynagradza a za złe karze, choćby nasze ziemskie sądy zawiodły.

Autentycznie chciałabym wierzyć, że ktoś jest w stanie wysłuchać moich próśb i, wszechwładny, poruszyć wielką machiną wszechświata, by mi pomóc.

Autentycznie chciałabym wierzyć, że nie mam do dyspozycji, w najlepszym razie, zaledwie kilkudziesięciu lat.

Nie wierzę. I jest to powód dla którego wielokrotnie jest mi gorzej niż wierzącym. I – może właśnie przez to – bardzo prawdziwie wierzących szanuję. Lubię. Podziwiam. I zazdroszczę. Patrzę na nich tak jak na ludzi z fajną rodziną – mają coś, czego ja nie mam i pewnie mieć nie będę: fajnego, czyniącego życie pełniejszym i zapewne lepszym. Przyjemny obrazek. Godzien zazdrości, ale pozytywnej, która chwyta za serce a nie ściska żołądek.

Więc nie. Nie jestem Waszym wrogiem.

Raczej kimś, kto żyje w jakimś równoległym świecie. I nie jest to zdegenerowany świat bez moralności, nie dajcie sobie tego nigdy wmówić. Nie jest to świat, z którym nie ma dialogu – nigdy tak nie pomyślcie. Nie jest to świat celebrujący prymitywne zachowania – nie ma ku takiemu myśleniu przesłanek. A przynajmniej staram się całym moim życiem, żeby nie było.

Pozostając w tym świecie, szanuję Wasz (o ile sami go szanujecie i faktycznie wierzycie a nie odstawiacie szopkę typu „chrzcimy bo babcia się obrazi” – no kaman, miejmy trochę godności). I nadal mam nadzieję, że oba mogą trwać w stanie pokoju. I utrzymywać dyplomatyczne stosunki.

Amen. I mam nadzieję, że wypoczęliście w weekend. Jutro znów gonimy.

Fota z Pl. Zbawiciela. Cytaty Św. Mateusz, Szekspir i Kant. 

Ps. Wpis był zainspirowany płytkim, głupim i dość zabawnym w sumie tekstem, że Polacy nie mają co bać się Straszliwego Islamu, bo on szanuje chrześcijan a gardzi tylko ateistami. Bo to – jak wynikło z komentarzy – nic niewarte szmaty. Kilkoro znajomych odniosło się do tekstu i przemiłych komentarzy bardzo entuzjastycznie. OK.

  • Zbigniew Zawadzki

    Sloganopisie Miły, jako ateista ortodoksyjny i fanatyczny odbieram z pewnym niepokojem niektóre fragmenty Twojego wpisu. Te wszystkie „nie dana mi łaska”, „podziwiam i zazdroszczę”, „chciałabym, ale nie potrafię”, „nie wierzę, ale – wierzcie mi – mam moralność i nie podpierdalam staruszkom torebek”. Mam wrażenie, ze się trochę tłumaczysz i usprawiedliwiasz. Ateizm jest światopoglądem aktywnym, a nie brakiem wiary. Nie rodzi się z zapomnienia, roztargnienia, braku czasu albo zaniedbań w zakresie higieny osobistej. Ma za sobą dumną historię wyzwalania się ludzkiego umysłu z niewoli (oraz, rzecz jasna, mniej dumną historię zbrodni, ale który ze światopoglądów czy która z religii jej nie ma?). Nie wierzę w Boga, ponieważ zgodnie z moim rozumieniem świata i człowieka Boga nie ma. Konstrukt Boga według mnie nie pozwala mi stanąć twarzą w twarz z pełnią majestatu życia, człowieczeństwa i śmierci. Jest protezą, która pozwala opędzić pewne egzystencjalne smutki i trwogi, ale protezą, która różne wymiary życia i świata zakrywa raczej i zasłania, a nie otwiera.
    Szanuję wierzących, tak jak należy szanować wszystkich innych, ale im nie zazdroszczę. Bo według mnie nie ma czego. (A kiedy uprawiają wobec mnie przemoc symboliczną – „Modlę się za Ciebie, synu, żeby dana ci była w końcu łaska wiary i żebyś przejrzał na oczy, bo jestem dobry, mimo że ty antychryst, i tu masz najlepszy dowód” – to bym im nasikał do mleczka.)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Przede wszystkim dzięki Ci wielkie za komentarz! Mądry komentarz, więc dzięki tym większe. Widzę w naszych podejściach pewien rozdźwięk. I dobrze. Bo – choć o tym nie wspomniałam – jestem przekonana, że nie ma jednorodnego ateizmu. Pozostanę przy prostym, lekko nawet naiwnym klimacie, jaki starałam się wytworzyć w całym tekście i tak: jeśli wierzący są jak harcerze, to ateiści – jak cała reszta świata. Czyli ci, którzy uważają, że harcerstwo jest OK, ale nie mieli czasu. Którzy w ogóle nie widza potrzeby tworzenia jakichkolwiek paramilitarnych organizacji. Którzy sami kiedyś byli i którzy za nic by nie poszli. Mam poczucie, że tak jest i z ateistami.
      Rozumiem Cie w pełni, ale też zrozum, że dla mnie religia to pewna ulga, jakiej nie dostanę. Zresztą zawsze będę przekonana, że to dla ulgi człowiek sobie ją stworzył – bo kiedy wszystko na tym świecie jest nie tak, dobrze myśleć, że jest inny, gdzie dostaniemy naszą nagrodę a źli poniosą karę, gdzie spotkamy utraconych bliskich, gdzie za ciężką pracę i poświęcenia będzie jakaś zapłata. To właśnie ten konstrukt,o którym piszesz. I faktycznie takie myślenie zasłania realia. Ale czy one nie proszą się aż o to, żeby je zasłonić? Dla świętego spokoju poddać się na chwilę. Coś jest w tym, że religia ma sporo wspólnego z miłością – daje radość i spokój ale totalnie zaburza jasność widzenia i myślenia.
      Najbliżej mojej tęsknocie za religią do nostalgii za dzieciństwem, gdy wszystko było proste, mama nieomylna, pani w szkole taka mądra, przyjaźnie wieczne itp. Czarno-biały, łatwy świat. Kiedy już dostaniesz dorosłością po gębie, ta łaska błogiej niewiedzy pryska i nie wraca. U mnie w głowie wiara nigdy się nie pojawiła, więc trudno mówić by „prysła” ale tak to widzę. Jako możliwość łatwego postrzegania świata, remedium na psychiczne dolegliwości.
      Co do usprawiedliwiania się i eksponowania moralnego kręgosłupa to masz rację. Chciałam jednak uprzedzić zarzuty zanim padną. Że moja, nasza droga jest tą łatwą i beztroską. Nie. Jest tą trudniejszą a mimo to wielu z nas idzie nią prostym, równym krokiem bez etycznych potknięć.
      I na koniec – jak będziesz takim pyszałkom sikał do mleczka, to zostawże trochę miejsca i dla mnie. Doleję się.

  • Jan Wittlin

    Tylko dodałbym od siebie, że
    wiara daje może i lepsze samopoczucie, ale moim zdaniem odbiera dużo więcej – wątpliwości,
    prawo do refleksji i krytycznego myślenia. Dlatego tak trudno o ten pokój i
    dialog o którym piszesz – człowiek wierzący (przed duże W) zawsze będzie uważał
    że ma rację; nie może inaczej z samego faktu, że czerpie to przekonanie z łaski
    wiary, czyli czegoś niewytłumaczalnego, co nie dopuszcza innej interpretacji
    rzeczywistości. A dla mnie ludzie, którzy twierdzą, że mają patent na prawdę,
    są groźni – niewiele potrzeba, żeby teoretycznie głoszone przez nich zasady
    moralne poszły w odstawkę w procesie „udowadniania” słuszności swojego
    stanowiska tym, którzy mają inne zdanie.

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Ale zauważ, że ateizm, w odróżnieniu od agnostycyzmu, też jest jakąś prawdą objawioną. I ja przy niej będę trwać już choćby dlatego, że nie umiem inaczej, nie uwierzę, nawet jeśli wierzący miałby dobrze brzmiące (bo przecież nie naukowe) argumenty a ja żadnych. Stajemy więc naprzeciw i albo możemy wytoczyć działa, albo powiedzieć, OK, bądźmy dwiema równoległymi liniami, które nigdy się nie przetną (łicz is bulszit, równoległe przecinają się w końcu w nieskończoności, tak mnie uczono, ale dla uproszczenia zostawmy to tak) i tak sobie ku tej nieskończoności idźmy, albo przynajmniej niech Ci się wierzący bracie zdaje, że idziemy (w sumie to ja też sądzę, że czeka mnie nieskończoność a przynajmniej bardzo długie trwanie, ale wyłącznie jako element Wszechświata, materia poddana recyklingowi).

      Masz rację całkowitą, że samo przekonanie o patencie na prawdę jest niebezpieczne. Dlatego religia tak często zamienia się w fanatyzm i prowadzi do rozlewu krwi. Ale są też ludzie wielkiej wiary i równie wielkiej pokory. Są. I miło się na nich patrzy. Do takich chyba właśnie kierowałam swój wpis, bo zauważ, że jest on ewidentnie pisany do wierzących. Co nie znaczy, że Wasze komentarze tu nie pasują – bardzo pasują i bardzo jestem za nie wdzięczna!