Święta z importu

w2Doczekaliśmy momentu, w którym w zasadzie nie ma sensu pytać o to, czy Walentynki przyjmą się nad Wisłą. Przyjęły się.

14.02.2014 (co za data… Przypadek? Nie sądzę!) to już oficjalnie Święto. Przynajmniej tak można wnioskować po krótkim spacerze ulicami Warszawy a także oceniając oferty sklepów, restauracji, kin itepe. Jest kiczowato (ale to akurat nie domena wyłącznie Walentynek), jest do bólu przewidywalnie (co roku podobne ozdoby i akcje marketingowe), jest niepolitycznie (a co z niezakochanymi, albo z tymi, którzy na buniu ustawiają status „to skomplikowane”), ale jest dość przyjemnie: część sklepów i usług dostaje zastrzyk gotówki (cenny, bo podobno po Gwiazdce ludzie lubią nieco przyhamować z kupowaniem dupereli), poczta tradycyjna i kwiatowa może sobie poprawić statystyki, a dla niektórych to impuls do podkolorowania szarej rzeczywistości (a że akurat na obrzydliwie różowy kolor, no trudno). Jest komercyjnie? Owszem. Jest tandetnie? Tak. Bezsensownie? Troszeczkę. Ale mimo wszystko jestem na tak. Właśnie ze względu na komercję (dajmy czasem ludziom zarobić, niech się ten kapitalizm jakoś kręci). I odrobinę różu w szaroburym, lutowym krajobrazie.

Jednak komercja, kicz i brak równości to nie jedyne zarzuty, jakie padają, gdy mowa o Walentynkach. Jest jeszcze jeden – Nasza Polska Tradycja, kontra to co przylazło ze zgniłego zachodu. No cóż przykład Japonii pokazuje, że granice da się kulturowo uszczelnić, ale nie na zawsze. A nasza własna historia pokazuje, że odsuwanie wpływów zachodu na siłę, też nie przechodzi. Co zatem? Jak zawsze – walec historii kultury przejedzie po tym i wyrówna. Część zwyczajów przejmiemy w 100%, część odrzucimy, inne zaadaptujemy tylko w wybranych aspektach. W przypadku Walentynek przeszczep chyba się przyjął, ale nie ma u nas takiego szału jak na zachodzie i dobrze. Co z pozostałymi? Tu mogę sobie tylko pogdybać.

Halloween – niby się przyjmuje, niby nie. Kontrowersyjne tematycznie (dla wielu, choć mi tam generalnie powiewa), ale znów dość komercyjne więc na pewno wielu osobom będzie zależało, żeby się zadomowiło. Z tego, co widzę w bliskim otoczeniu, lubiane przez dzieci i osoby, które generalnie lubią się bawić. Co ciekawe grupka małych przebierańców, która chodziła po osiedlu, do mnie nie zastukała (łaski bez, łakocie nie przepadły – niestety nie poszły też w cycki). Ale być może zapracowałam sobie na taką opinię. Dokarmiam koty i inną gadzinę, biegam w deszczowe wieczory noce z latarką na głowie… No dobrze – nie dziwię się dzieciarni.

Ale podsumowując: jeśli chodzi o małych przebierańców, jestem na tak. Imprezy dla dorosłych z przebierankami w tle? Również, czemu nie. Ozdoby z dyni – sama nie robię, nie mam czasu ani cierpliwości, ale są raczej przyjemne dla oka. Najbardziej jednak zazdroszczę mieszkańcom zgniłego zachodu biegów halloweenowych, podczas których ulice w szalonym pędzie przemierzają zombie, wampiry, duchy i wilkołaki. Nie widzę w tym zagrożenia dla naszej kultury, raczej barwny dodatek do niej. Ale to tylko moje zdanie, którego nie zamierzam nikomu narzucać. Wolę po prostu patrzeć, w którą stronę skręcimy – sympatii czy antypatii do Halloween.

Cieszy mnie natomiast, że najwyraźniej nie przyjmują się u nas wszystkie tradycje bożonarodzeniowe made in USA. Chociaż oczywiście część zaadaptowaliśmy nawet tego nie zauważając. Ale taką część, która jeszcze niekoniecznie przeszkadza. Marzy mi się natomiast, żebyśmy przejęli od Amerykanów nieco z ich sposobu świętowania Święta/Dnia Niepodległości. Przydało by się nieco więcej nastroju rodzinnej zabawy, piknikowej atmosfery (czy raczej spacerowo-domówkowej, w końcu u nas to listopad), pogodnego, miłego świętowania z patosem w tle. U nas jest, niestety, za dużo patosu, wielkich słów i durnych czynów. A przecież to takie fajne mieć ojczyznę, być Polakiem – pociotkiem Chopina, Skłodowskiej i Kazika. Jest co radośnie świętować, serio.

Najbardziej jednak, ze wszystkich amerykańskich zwyczajów, brakuje mi czegoś w stylu Dnia Dziękczynienia. Tak żeby usiąść przy stole i wbić sobie do głowy, jakie to ogromne szczęście, że mamy ten stół, mamy co na nim postawić, z kim do niego zasiąść. A jeśli nawet nie mamy żadnej z tych rzeczy to mamy i tak tysiące innych, za które powinniśmy być głęboko wdzięczni, tak, że brak słów. Chociażby samo życie. A zresztą, czy do uświadamiania sobie tego potrzebne jest oddzielne święto? Nie wiem. Ja miewam takie chwile, tak po prostu. I Wam tego również życzę.

A, że dziś Walentynki, to gratis dokładam życzenia ogromnej miłości. Happy Valentine’s Day! Albo i nie. To już jak kto lubi :)