Przy święcie (o) pracy

Jest święto pracy a ja chcę opowiedzieć o swoim dziadku. Data jest nieprzypadkowa. Wybrałam ją starannie, żeby dać swojej opowieści jakieś ramy. Bo inaczej za łatwo podryfowałabym w stronę kroniki rodzinnej i moich wspomnień z dzieciństwa. A przecież dziś jednocześnie chcę opowiedzieć o pracy (w końcu to jej święto). A jeszcze bardziej o ludziach pracy. Zaczynajmy.

Pamiętam, że jako mała dziewczynka chciałam jakoś uhonorować dziadka wierszykiem, czy piosenką. Dzieci to chyba robią od zawsze, prawda? Te laurki, nieporadne poematy – poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale nie było w tym nic niezwykłego. Dziwna mogła być jedynie tematyka. Piosenka wymieniała bowiem wszystkie znane mi marki samochodów a refren, pamiętam to jak dziś, brzmiał:

FSO, FSO, FSO,

To wcale nie byle co.*

Proszę się nie śmiać z pięciolatki. Teraz dodałabym temu więcej głębi. A może i nie. Najważniejsze i tak zostało uchwycone. Bo wiedziałam, że to będzie TO. Żadne tam pierdoły w stylu

 a mój dziadek to jest git i takiego nie ma nikt.

Bo wiedziałam, że dziadek jest dumny ze swojej pracy. Pracy w fabryce samochodów osobowych na Żeraniu. Nie, nie był projektantem, inżynierem, ani nawet nie zarządzał produkcją. Wielu ludzi powiedziało by, że nie był nikim ważnym. Trybikiem w maszynie. Tylko co z tego, jeśli był dumny ze swojej pracy? Jeśli ją najzwyczajniej w świecie lubił?

Pamiętam taką scenę. Starym zwyczajem grzebałam dziadkom w szufladach pełniących rolę rodzinnego lamusa, udając, ze sprzątam. Gdzieś pośród dziesiątek zdjęć bobasów i ludzi w strojach ślubnych, znalazłam starą płytę pocztówkową. Najprościej mówiąc: winyl, który ma kształt pocztówki i z jednej strony faktycznie zostawione miejsce na adres i tekst np. życzeń. Ta konkretna płyta była pamiątką z XXV lecia FSO. Przypadkiem znalazłam jej zdjęcie i jedną z piosenek na Youtube.

 Nigdy nie zapomnę dumy, z jaką mój dziadek pokazywał mi siebie w tym tłumie. Nawet nie był pewien, gdzie dokładnie może być jego twarz – każdy pracownik tego molocha był zaledwie kropeczką na zdjęciu. Ale byli tam wszyscy. I mój dziadek był dumny będąc wśród nich.

Dziś bycie trybikiem w maszynie odczytywane jest jako coś negatywnego. Tymczasem mój dziadek został w jakiś sposób przekonany, że nie ma czegoś takiego jak trybik. Że każdy jest ważny i każdego trzeba, by zbudować jakieś większe dzieło. I w efekcie każdy może być z tego dzieła dumny. I był, pracując w fabryce kilkadziesiąt lat. Aż do emerytury.

Nie wiem jakie metody motywacyjne zastosowano w FSO. Wiem natomiast, że im zazdroszczę umiejętności motywowania. Oczywiście można mi zarzucić przywołanie jednostkowego przypadku. I to bazującego tylko na moich odczuciach. W takim razie wyciągnę przykład motywowania zdecydowanie pozapłacowego, na które chyba dziś by się nikt nie porwał.

Na swój sposób i ten przykład jakoś wiąże się z moim dziadkiem. Chociażby dlatego, że obaj panowie – ten, o którym pisałam wyżej i ten o którym piszę niżej, długo mieszkali w jednym, małym miasteczku. Jednak chyba nigdy się nie spotkali. A może szkoda. Myślę, że mieli by o czym rozmawiać.

Przypadek, który chcę omówić to historia Stanisława Sołdka. Zwykłego trybiku w gigantycznej stoczniowej machinie. Na tyle zwykłego, że dziś zapewne nie miałabym pojęcia o jego istnieniu. I wielu innych tez nie. Może przetrwał by, jak mój dziadek, w pamięci rodziny. A jednak pewnego dnia, ktoś zdecydował, że nowo wybudowany rudowęglowiec, pierwszy statek powojennej Polski, ma nosić imię pracownika, który wyróżnił się w stoczni. Nie był to konkurs dla kierownictwa, nie nagradzano kolejny raz zarządu, nawet nie przyznawano wyróżnienia szczególnie zasłużonym towarzyszom. A mimo to nagroda była imponująca: nowy statek miał zostać nazwany po zwycięskim przodowniku pracy. Przodowniku, którym okazał się właśnie Sołdek.

soldek

Sołdek na Motławie…

 

Teraz już to nazwisko zaczyna brzmieć znajomo, prawda? SS Sołdek stoi dziś zacumowany na Motławie, w miejscu, w którym mogą widzieć i podziwiać go miliony turystów. Stał się nawet jedną z licznych wizytówek miasta. Jest na tyle popularny, że dziś gdańszczanie kupują koszulki ze „swoim Sołdkiem” wypuszczone przez TCITY, firmę, która wyłapuje takie właśnie miejskie ikony i wrzuca je na T-shirty (swoją droga fajne T-shirty. Wiem, bo noszę te warszawskie. Ale o tym, co noszę i dlaczego lubię młode polskie odzieżówki innym razem). Przy okazji, ciekawych historii słynnego stoczniowca, odsyłam właśnie do nich: TRZASK TUTAJ.

koszulka

…i Sołdek na koszulce

 

Jak takie docenienie „zwykłego trybiku” musiało wpłynąć na samego Sołdka? Nawet nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jakie to uczucie, kiedy firma honoruje w taki sposób swojego pracownika. I jaka motywacja dla pozostałych, by także stać się Sołdkami.

Dzisiaj można sarkać na „tamte durne czasy” ale to wylewanie dziecka z kąpielą. Firma, która potrafi TAK motywować, wygrywa wszystko. I to motywować tych na dole. Nie tylko menadżerów. Jeśli pracownik jest dumny ze swojego miejsca pracy, to firma wygrała. Pozamiatane.

Można rzecz jasna powiedzieć, że dumą się nie najesz. Można mówić, ze mój dziadek nigdy nie dorobił się milionów a Sołdek nie miał willi z basenem. Można, oczywiście, pracę sprowadzić wyłącznie do wymiaru finansowego. Ba – całe życie do niego sprowadzić. Każda sekunda musi się przecież opłacać a każde działanie – modne słowo: monetyzować. Stąd mamy chociażby lekarzy bez powołania (straszna krzywda i dla nich, i dla pacjentów). Albo ludzi brnących przez kolejne lata studiów prawniczych, choć ich serce rwie się chociażby do grafiki. Pomylone zawody wybierane tylko dla pieniędzy. I pomylone życia.

Oczywiście finanse są ważne, ale praca to nie „tylko praca”. To zwykle przynajmniej 8 godzin, 5 dni w tygodniu. Często więcej niż spędzasz z rodziną, znajomymi, realizując swoje pasje. Odpowiedz sobie więc na kilka pytań:

  • Czy czujesz, że przez te 8 godzin dziennie marnujesz swój czas, czy wręcz przeciwnie?
  • Czy czujesz, że robisz to, co lubisz a może raczej masz wrażenie, że żyjesz nie swoim życiem?
  • Czy szanujesz swoją firmę a ona ciebie?
  • Czy jesteś dumny z tego, co robisz, czy raczej się tego wstydzisz?
  • Czy pracujesz jako ktoś (np. nauczyciel), a może czujesz, że JESTEŚ kimś (jesteś nauczycielem 24 na dobę, bo twój zawód to Ty)?

Odpowiedzi na te pytania pozwolą Ci odpowiedzieć na to najważniejsze, o które tak ładnie zadawał zespół The Clash:

Should I stay or should I go

A co jeśli wypadnie: „I should go”? Odejście nie jest zawsze łatwe i nie zawsze możliwe. Dlatego nie kieruję tych słów do wszystkich. Jestem daleka od osądzania i rzucania na prawo i lewo mundrościami. Zwłaszcza, że nie mam dzieci i mam pod nosem Warszawę, miasto tylu predyspozycji.

Ale jeśli możesz pracować w lepszym miejscu, dołóż wszelkich starań, by to zrobić. Warto.

Udanego święta pracy!

 

* Możecie pytać, dlaczego w takim razie zwrotki traktowały o wszystkich znanych mi samochodach. To proste. Byłam święcie przekonana, że produkuje się je w jednym miejscu, a konkretnie w fabryce na Żeraniu.

 

Źródła zdjęć:

Slajder

SS Sołdek http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Soldek_ship.JPG Fot.: Lvova

Wpis

SS Sołdek http://commons.wikimedia.org/wiki/File:P.Karpi%C5%84ski_-_S._S._So%C5%82dek.jpg Fot. P. Karpiński

Sołdek koszulka http://tcity.pl/ Fot.Łukasz Pukowiec