#dlaczegonielubięszkoły

Dziś – a piszę to dokładnie 1 września – na Twitterze w top najbardziej popularnych hasztagów znalazł się taki: #dlaczegonielubieszkoly. Trudno powiedzieć, że poczułam się wywołana do tablicy, bo edukację stałą zakończyłam w 2004 odebraniem dyplomu magistra. Potem były podyplomówki, kursy i inne douczki, o których pisałam. I właśnie przez te lata „podyplomowe” odkryłam, że lubię się uczyć, chociaż nie lubię szkoły. Teraz przy okazji czytania twitterowych narzekań postanowiłam zastanowić się nad tym bardziej wnikliwie. I z przewagą lat doświadczeń.

skzola

Coś nie tak z tą skzołą

I tak oto powstało

5 powodów, dla których nie lubię szkoły

Na początek jedno założenie – piszę tu o błędach szkoły, jaką ją pamiętam. Pewnie od tamtych czasów wiele się zmieniło, ale kilka punktów (z pierwszym na czele) pozostaje aktualnych. Jedziemy:

1) Długa lista nieobecności

A konkretnie nieobecne przedmioty: logika – jako osobny przedmiot a nie kilka godzin na matematyce (wprowadzenie obowiązkowej logiki marzy mi się zawsze kiedy czytam dyskusje na necie, oglądam debaty, czy słucham fanatyków z prawa albo lewa; poważnie! nawet proste jeżeli p to q szwankuje bardzo mocno), retoryka (z elementami ćwiczenia dykcji), finanse w praktyce (jak płacić kartą, jak wybrać konto bankowe, jak nie dać się wrobić w ambergoldy), dietetyka (podobno idziemy na rekord, jeśli chodzi o dzieci z nadwagą i otyłe; z drugiej strony są zaburzenia odżywiania, z którymi nawet dorośli sobie nie radzą, może zastosować tu zasadę „czym skorupka za młodu nasiąknie…”). Poza tym nie religia a jak już to kulturo- i religioznawstwo (wszystkie wielkie systemy religijne i kultury). Albo szkoła ma edukować ogólnie (czemu więc skupia się tylko na jednej religii?) albo szczegółowo (zatem dlaczego np. z historii nie wydzielimy chociażby odrębnej Historii wojskowości?). Spokojnie – świadomość zasad różnych religii nie zrobi z dziecka natychmiast innowiercy. Za to może stanie się bardziej tolerancyjne. A nawet, jeśli ma polemizować z Żydem czy Muzułmaninem, to niech mają wspólną wiedzowa bazę do tej polemiki. Tych przedmiotów na mojej liście zabrakło najbardziej. A część z pozostałych była zdecydowanie do poprawy – na przykład muzyka: nauczyłam się czytać nuty (czego według plotko-legendy nie umieli nawet Beatlesi), poznałam życiorysy mistrzów i tyle – reszta była pasmem upokorzeń dla osoby nie umiejącej śpiewać. Zresztą nie było uczenia – było jedynie egzekwowanie. Żadnych zajęć z emisji głosu – tylko „nauczcie się tej piosenki na za tydzień”. Dramat. Plastyka była tylko ździebko lepsza bo tu chociaż omawialiśmy podstawy estetyki i historii sztuki. Ale to rysowanie? Część dzieciaków męczyła się jak ja na muzyce. Wywalić to w cholerę i dać elementy architektury i ładu przestrzennego. Może wtedy mniej będzie materiału dla Filipa Springera.

Że zrobi się więcej zajęć lekcyjnych? Świetnie – więc może mniej pracy domowej? Bo za to siedzenie wieczorami też nie znoszę swojej szkoły. Albo generalnie trzeba było oczyścić materiał. I tu punkt 2.:

2) Ignorowanie zasady: less is more

Pamiętam jak zakuwałam kolonie francuskie, czy brytyjskie, rejony uprawy sorga, rozlicznych członków jeszcze bardziej rozlicznych komitetów. Prawda jest brutalna: na tamtym etapie powinnam wiedzieć tylko że były kolonie, kto je miał i co w związku z tym, że istnieje coś takiego jak sorgo – co to je i z czym to się je (może jakiś przepis, albo ziarenko do wyhodowania w domu? Tak, poważnie mówię) i wreszcie, że taka a taka sytuacja polityczna prowadzi do powstawiania takich a takich komitetów – czyli dokładnie tyle, ile faktycznie po wszystkim zapamiętałam. Wiedzę można pogłębiać później w LO (Po co w takim razie obecnym dzieciakom gimnazjum? Dunno. Poważnie – niech mi ktoś wyjaśni głęboki sens gimnazjów, zapłacę lajkiem) a już w ogóle szczegółowo dłubać w temacie na studiach albo hobbystycznie, skończmy z kultem papierków, pliz.

szokla3) Praktyka czyni mistrza, więc po co tyle teorii?

No właśnie – zmarnowałam, nie boję się tego powiedzieć, setki godzin życia na naukę zupełnie nieprzydatnych regułek. Och przepraszam – przydało mi się to do jednego – stopniowo uczyłam się przyswajać coraz większe partie materiału, z którego tylko część była potrzebna (nie neguję teorii całkowicie, to dobry fundament dla praktyki, problem w tym gdy fundament ma wysokość 10 pięter a dom na nim to zaledwie jedno). W efekcie momentami czułam się jak aktorka. A raczej bym się czuła. Gdyby nie jeszcze jedna rzecz: aktorzy nie muszą liczyć tych cholernych słupków.

Wszystko – o ile to możliwe było sprowadzone do wzorów i w efekcie chemia czy fizyka zaczynały przypominać matematykę. Po tym praniu mózgu, kiedy pisałam pracę magisterską z estetyki a konkretnie z kryteriów oceny dzieła sztuki, podstawianie tychże kryteriów do odpowiedniego wzoru już nawet mnie nie dziwiło. Bo tak po prostu się uczyło – nie ma długich słupków i sztywnych regułek, nie ma nauki.

Ludzie! Ja umiałam zapisać na chemii całą tablicę rozwiązując durne równanie, a przy odrobinie pecha mogłabym umrzeć nad kiblem łącząc dwa środki czyszczące (true story albo urban legend – czy to ważne?). Coś jest poważnie nie tak. Na dodatek nie lubiłam tych słupków. Są tacy, co lubią i OK – można przecież lubić np. sudoku. Mnie to nudziło. Męczyło. Bolało. Zabrało masę dzieciństwa, kiedy wiedzę można chłonąć z otaczającego świata np. włażąc na drzewo i obserwując na nim liście, ptasie gniazda i larwy owadów.

A najgorsze, że do niczego mi się to nie przydało.

W podstawówce, kiedy teoretycznie powinno zbierać się wiedzową „bazę”, przydałoby się więcej „chemii domowej” – co takiego jest w Krecie, że czyści rury?, jak działa odplamiacz?, dlaczego woda utleniona się pieni i co wtedy dzieje się z raną?. Czy na serio ta szkoła nie mogła być ciekawa jak dowolny odcinek Polimatów? Czy trzeba zakuwać, nie można posłuchać o praktycznych rzeczach? O czymś co przyda się w życiu? Na specjalizację będzie czas później – ja mówię o szkole PODSTAWOWEJ.

Whoops

To chyba globalny problem

4) Za mało projektów

„Jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz”. Upraszczam, tak – ale wiele rzeczy trzeba odkryć samemu, żeby powchodziły do głowy. Ja nie pamiętam, żebyśmy mieli zbyt wiele takich projektów – kilka na biologii i kilka na polskim, tyle. Nie chodzi od razu o to, żeby dać dzieciom do ręki niebezpieczne substancje – macie i zobaczcie jak się pali. Raczej o to, żeby zrobić piknik historyczny ze strojami z epoki, albo dzień kuchni i kultury węgierskiej czy coś (przy dobrym gulaszu można pogadać o tym, że Węgrzy odmówili walki z powstańcami warszawskimi, choć mieli takie wytyczne – rzecz, której dowiedziałam się już po szkole, albo zastanowić się dlaczego Stefan Batory ociekał zajebistością). Z tym jest podobno coraz lepiej, ale i tak nadal wydaje mi się, że za dużo gadania, za mało robienia. A potem mamy takich bida specjalistów co to w tramwaju włączą się w dyskusję o kardiologii (oni by to lepiej) a nie potrafią porządnie zmierzyć temperatury. Po latach wiem doskonale, że kiedy „u nasz w kreacji” pracujemy nad jakąś kampanią w krótkim czasie przyswajamy masę wiedzy na dany temat – bo mamy projekt, działamy zespołowo i jesteśmy zorientowani na rezultat. To działa.

5) Brak właściwych ludzi na właściwym miejscu

Jeszcze jednym bólem szkoły są niewłaściwi ludzie. I nie chodzi mi o nauczycieli. Serio. Z nimi jak dla mnie było i jest wszystko OK – zdarzają się leserzy, ale ci są wszędzie. Po prostu bardziej ich widać niż skromnych pracusiów. Jakimś cudem potrafią przetrwać także w korporacjach czy szeroko pojętym świecie reklamy, co jest czymś w rodzaju cudu.

Także nauczyciele OK, ale po prostu nikt nie jest doskonały we wszystkim. I to również jest OK. Trzeba tylko część wiedzy outsourcingować. Spotkania z policjantem, czy strażakiem to nadal mało. Do dziś pamiętam lekcję z lekarzem i sporo wiedzy jaką wtedy przekazał. Pamiętam też jak przyjechał do nas aktor i jak fantastycznie opowiadał o swoim zawodzie (pod koniec prelekcji darowaliśmy mu nawet fakt, że był mało znany). Ale poza nimi i dwiema egzaltowanymi pańciami – jedna od programu 7 kroków wychodzenia z alkoholizmu (świetnie dobrany target – autentycznie grzeczne dzieci (tak, byliśmy dziwna klasą) w 6 czy 7 klasie podstawówki, braaaaawo) i jedna od karier (również jakoś 6-7 klasa podstawówki, chciałam wtedy być znaną malarką, z naciskiem na znaną, a po cichu po prostu Hieronimem Boschem. Gdzieś popełniłam błąd.) – nikt do nas nie przychodził. Mam nadzieję, że teraz jest dużo lepiej. Ale coś mi mówi, że nie wszędzie. Nie ma ludzi? Ależ są. Garną się! Wystarczy spojrzeć na program Link do przyszłości. Brało w nim udział kilkoro moich znajomych i wszystkim nieustająco cieszyły się gęby i świeciły oczy, kiedy opowiadali o swoich spotkaniach z gimnazjalistami (tu dobry przykład od dobrego człowieka). Sama chętnie opowiedziałabym o blaskach i cieniach pracy w kreacji. Serio, serio.

Oczywiście prawda jest taka, że w szkole spotkało mnie sporo dobrego. I wiele z niej wyniosłam (w odróżnieniu od kolegi, który niechcący wyniósł ciężkie imadło*, mi chodzi tylko o wiedzę). Spotkałam tam fantastycznych ludzi i trafiłam na kilku nauczycieli z powołaniem przez duże P. A jednak wiem, że była to instytucja niedoskonała, nie z winy nauczycieli czy uczniów – problem leżał dużo wyżej.

Jak jest dziś? Sporo się zmieniło, ale jak widzę po twittach dzisiejszych dzieciaków, nie do końca. A szkoda. W końcu spędzamy tam kawał życia. Bardzo ważny kawał.

 

Źródła obrazków. Kolejno:

https://www.facebook.com/dziennikarzom?fref=photo

http://mistrzowie.org

http://www.w3courses.com/funny-road-signs

 

 

 

*No dobrze - to było tak: w trakcie ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne), kolega na chwilę zostawił plecak na ławie do prac stolarskich. Życzliwi koledzy odkręcili sporych gabarytów, ciężkie imadło i wrzucili mu między książki. Kolega zarzucił cały majdan na ramię i swobodnie wyszedł z sali. Nie zdziwił go ciężar bo generalnie 8 czy 10 kilo to żadna różnica, czyż nie? A takie właśnie bywały nasze plecaki w szczęśliwsze dni, kiedy było 7-8 lekcji w tym WF.

  • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

    Od dziecka kochałem historię – tata mi zaszczepił miłość do niej – ale szybko zrozumiałem, że na tle swoich znajomych byłem dziwakiem, bo ich historia nudziła. Szybko zrozumiałem, że ja się jaram, bo wiem o rzeczach, o których nauczyciele nie mówią (np. czy wiesz, że Kościuszko był nieszczęśliwie zakochany i on tak naprawdę to całe powstanie to miał głęboko w dupie, gdyby tylko jego miłość zechciała z nim uciec gdzieś tam za horyzont? Albo z czego tak naprawdę wynikało „męstwo” kosynierów, bo na pewno nie z kos). Z rozmów z rodzicami i babcią (wszyscy to nauczyciele) wiem, że niestety często nie masz czasu na smaczki z powodu „ram programowych”, które krępują ruchy – choć dla chcącego i tak nic trudnego. Pomijam brak logiki, ale już nawet czytanie ze zrozumieniem jest problemem. I to wielkim. Retoryka przydałaby się każdemu, brakuje symulowanych dyskusji – jak np. na amerykańskich uniwerkach czy w liceach – przekazania umiejętności prowadzenia dialogu. Lista jest długa, głowa mnie boli i nie mam siły pisać więcej :)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Czytanie ze zrozumieniem podobno teraz szlifują. Podobno. O Kościuszce wiem tyle, że „Patrz Kościuszko na nas z nieba/raz Polak skandował/ i popatrzył nań Kościuszko/i się zwymiotował.” Tego Gałczyńskiego też w szkole nie było, ale samym poetą zaraziła mnie właśnie polonistka. I to powinna szkoła robić – zarażać a nie kazać wkuć na pamięć np. tytuły utworów Gałczyńskiego chronologicznie.

      • http://www.lekturaobowiazkowa.pl/ Marcin Tomaszewski

        Co do zasady na lekcjach historii o polskich bohaterach nie mówi się źle. To znaczy pomija się rzeczy, które są najbardziej interesujące, przez które są bardziej ludzcy. Bo to że wiedziałem, iż Kościuszko wysyłał za kosynierami strzelców, którzy mieli ładować im kule w plecy, gdyby ci mieli zamiar rejterować nie sprawiło, że nie podziwiam tego, co zrobił. Po prostu w moich oczach stał się gościem, który był gotowy na wiele, aby wygrać i trzeba mieć jaja, aby pewne decyzje podjąć. O zabawach z chłopcami Rysia Lwie Serce też prawie nikt nie mówi + to że ten legendarny król w swojej ojczyźnie, którą „tak kochał” spędził raptem kilka miesięcy :)

        • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

          O tym ostatnim faktycznie czytałam coś w ten deseń. Podobno nawet mówię lepiej po angielsku niż najbardziej angielski z królów Anglii :) Lubię to sobie powtarzać :)

  • http://sposobnaprace.pl/ sposobnaprace.pl

    Żeby moja szkoła była taka jak w Twoim opisie… Ech… Jak sobie przypominam te marnowane godziny na religię, przedsiębiorczość (która niewiele miała związanego z tym, co powinna), to jestem bardzo zła na nauczycieli i siebie. Na nich za marnowanie mojego czasu, na siebie, że się tego uczyłam, a mogłam np. francuskiego.

    Jedynie przyznaję, że moja szkoła się postarała i przynajmniej raz w miesiącu mieliśmy spotkanie z kimś inspirującym, a to pisarz, a to dziennikarz, a to milioner. Fajne te spotkania były :)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Ale wiesz co, mam wrażenie, że nauczyciele na serio nie są winni. Mają program, z którego są rozliczani i cele do wykonania. To powinno być zmienione od góry – inna w ogóle idea nauczania podstawowego. Właśnie po to by podstawówka wypuszczała ludzi, gotowych do samodzielnego życia – którzy się nie otrują, nie spalą mieszkania, nie narobią długów, nie dadzą się wrobić w Amber Gold itp. Mam jednak wrażenie, że im wyżej tym gorszy beton. W tym wszystkim część nauczycieli jeszcze w ogóle ratuje sytuację, chociaż łatają tkaninę tak sparciałą, że nie ma to sensu.

      • http://sposobnaprace.pl/ sposobnaprace.pl

        To też racja, ale niestety mam czasami wrażenie, że takie schematyczne nauczanie jest łatwiejsze dla tych, którzy trafili tam z przypadku. A nie oszukujmy się, jest ich wielu… W swojej przeszłości mogę naliczyć nauczycieli z pasją na palcach jednej ręki.

        • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

          Może to kwestia wynagrodzeń. Trochę jak w handlu, gdzie niskie płace w sklepach przekładają się na to, o czym pisałam w „Gruba Baba i handlowcy”.

  • Pingback: Anty-bohaterowie | Sloganopis