Uziemieni na amen

Clipboard

Jest miły piątkowy poranek. A raczej był miły, bo właśnie lekarz, u którego siedzę zaczyna mnie ochrzaniać. Powód? Miałam skierowanie na badanie i nie zdążyłam go wykorzystać przez trzy tygodnie. Moje usprawiedliwienie? Proponowano mi terminy, które wymagałyby wyjścia z pracy a to – przy całej elastyczności mojego korpo – akurat w tym momencie nie wchodziło w grę. Serio, serio, każda branża ma swoje gorące miesiące. Poprosiłam więc o kolejne skierowanie, ale zanim je dostałam, zebrałam solidny opiernicz.

Jak można nie wyjść z pracy w dowolnej chwili?

Inny przykład – proszę bardzo: fachowcy. Ostatnio, jak co roku musiałam wezwać kominiarza na przegląd. Umówiłam się z wyprzedzeniem. Wzięłam nawet urlop, żeby na pewno być w domu (przy okazji chciałam załatwić jeszcze kilka urzędowych spraw). Fachmen będzie, jak się wyraził

koło jedenastej, może wcześniej, może później.

Rano szybko załatwiam sprawy, żeby być gotowa na „może wcześniej” i biorę się za grabienie liści. Mija właściwa godzina, grabię więc starając się jednocześnie mieć oczy szeroko otwarte. Kolejne pół godziny i robi się to obiecane „może później” – nadal grabię ale już coraz bardziej nerwowo. W końcu dzwonię. Nie odbiera. Miotam się wściekła z grabiami, bo przecież jeszcze godzina i muszę jechać załatwiać kolejne sprawy. Kolejny telefon i jest – jaśnie pan raczył przemówić, ale to, co powiedział, w ogóle mi się nie spodobało.

Dzisiaj to ja już nie zdążę. Jutro pani będzie, to przyjadę. Tak koło południa.

Wtedy ja powiedziałam coś co dla odmiany, tym razem jemu się nie spodobało. A kolejny telefon wykonałam już do konkurencji (przyjechali w sobotę, punktualnie, jak ktoś z Legionowa i okolic, mogę polecić). Oczywiście przez oczekiwanie i wydzwanianie nie zdążyłam załatwić wszystkiego, co planowałam. Zamiast tego posiedziałam sobie w domu bo to przecież takie oczywiste, że „pani będzie w domu” i można ją nawiedzać jak nie tego dnia to innego, jak nie o tej, to o innej.

Takich zwolenników domowych pieleszy jest więcej. Podczas remontu, czy jakichś domowych napraw lepiej zatrudnić recepcjonistkę. I to na dwie zmiany. Ale przecież, na litość, nie codziennie. Tymczasem taka sytuacja: jestem w pracy, pieruńsko czymś zajęta, gdy wtem! dzwoni kurier, dlaczego nie ma mnie w domu? No nie ma – paczka miała być wczoraj, byłam, siedziałam, dziś jestem całkowicie gdzie indziej. Foch – bo

jak można NIE BYĆ W DOMU?

A zatem może poczta zamiast kuriera? Tu akurat muszę przyznać jedno – mam na swojej wsi szczęście do fajnych listonoszy (to nie ten typ co od razu jeździ wyłącznie z awizem) i sympatycznych pań w okienkach (tak!). Ale już godziny otwarcia – dramat. Nie da się załatwić niczego, bez kombinacji typu wcześniejsze wyjście z pracy albo dzień urlopu na sprawy urzędowe. Bo owszem, urzędy też mam sympatyczne, ale godziny otwarcia idealnie pokrywają się z moimi godzinami pracy. Ba – nawet wcześniejsze wyjście nic nie da. Bo ja kończę między siedemnastą a osiemnastą, a spora część urzędów „zamyka pieczątki” przed piętnastą.

No właśnie – praca. Tu, jak mówiłam, mam elastycznie. I o tyle dobrze, że mogę czasem pracować z domu (jakie to jest wygodne, to ja nawet nie…). Ale są firmy, w których czci się nabożnie tzw. dupogodziny. To nic, że np. chwilowo ktoś musi czekać na rozpoczęcie zadania bo np. nie ma dokumentacji, to nic, że w razie czego mógłby daną rzecz po prostu zrobić po 17:00 czy w weekend i nie wpłynie to na resztę zespołu – ma siedzieć od-do. Ma siedzieć choćby zdechł. Bo dupogodziny muszą być. Wierzcie mi, lub nie, ale są takie biura.

Nad tym wszystkim unosi się jeszcze biadolenie sprzedawców w jednym z pobliskich miasteczek. O co chodzi? Ano o artykuł z lokalnej gazety, w którym lokalni sklepikarze żalili się, że zwijają biznesy, bo ludzie pracują w Warszawie a u nikt nie kupuje. Prawie zrobiło mi się żal, ale kiedyś przypomniałam sobie jak wygląda to miasteczko późnym popołudniem. Nijak wygląda. Wszystko już pozamykane i jeśli nie kupisz czegoś w hipermarkecie to zapomnij. Sklepy otwarte są dokładnie w takich godzinach, kiedy faktycznie większość mieszkańców jest w pracy, czytaj w stolicy. Można to zmienić, albo biadolić. Niestety spora część handlowców postawiła na to drugie.

Reasumując: mam potężny ból de w związku z faktem, że żeby zadowalać wszystkich, musiałabym albo nie pracować i przez większość czasu siedzieć w domu (co najwyżej czasem podjechać do urzędu, ale z duszą na ramieniu – bo a nuż właśnie wtedy nawiedzi mnie fachowiec, mimo, że umówiony był tydzień wcześniej). Albo wysiadywać godzinki w pracy. Tertium non datur.

A może jednak „datur”? Może coś da się z tym zrobić. Przynajmniej w pewnym zakresie. Pogłówkowałam i proszę bardzo oto moje

sposoby, aby uniknąć przywiązania do miejsca

  • Używaj paczkomatów. I nie, to nie reklama wykupiona przez InPost za grube piniędze. Ja po prostu lubię mieć możliwość odebrania paczki ze wskazanego miejsca – czy podjadę tam wracając z pracy w godzinach szczytu, czy po imprezie „w-nocy-o-północy” czy w sobotni ranek na spacerze. To moja sprawa kiedy i gdzie przyjmę paczkę. I nikogo nie muszę przepraszać, że – co za bezczelność – w środku tygodnia, koło południa jestem w biurze.
  • Podpisz na poczcie upoważnienie do dostarczania poleconych bezpośrednio do skrzynki. Rozumiem, że nie wszyscy mają warunki, żeby sobie na to pozwolić. Ale warto przeanalizować za i przeciw. Duże ułatwienie.
  • Sprawdź, czy Twoja gmina, powiat, miasto już ogarnia, że mamy XXI wiek. Może się okazać, że tak, tylko ty o tym nie wiesz. U mnie między rejestracją pierwszego a kolejnego samochodu minęło kilka lat a w urzędzie komunikacji zmieniło się praktycznie wszystko. Nadal godziny przyjęć mogłyby być lepsze ale poza tym mogłam umówić się z wyprzedzeniem przez internet tak, żeby nie czekać w kolejce. Wszystko co się dało uproszczono a panie przeszkolono albo wymieniono, tak że zrobiła się pełna profeska. Podobnie było w wielu innych urzędach. Zdaję sobie sprawę, że mam szczęście, bo mieszkam w pow. legionowskim, a Legionowo bryluje w rankingach najprzyjemniejszych miejsc do życia. A to oznacza między innymi coraz bardziej ogarnięte urzędy. Faktem jest, że nie wszędzie może być tak różowo, ale wierzę, że będzie. Bo kraj nam się raczej rozwija niż zwija.
  • Sprawdź, czy Twój pracodawca już ogarnia, że mamy XXI wiek. Sporą część prac można już wykonywać zdalnie. Poważnie. W bardzo wielu wypadkach jedynym powodem, dla którego tak się nie dzieje jest jakaś mentalna blokada. Oczywiście są i zawsze będą czynności wymagające ruszenia czterech liter i pojawienia się w danym miejscu i danym czasie. I tak np. hydraulik zdalnie mi kranu nie naprawi, ale copywriter może bez problemu tłuc we własną domową klawiaturę (o ile nie śpi na niej kot – to już dopisek na podstawie moich własnych doświadczeń). Jeżeli więc wiesz, że przy twoich obowiązkach możesz pracować choćby i z pobliskiej knajpy, bo czemu nie, a pracodawca jest przekonany, ze jeśli nie siedzisz na niewygodnym bidakrzesełku przy krzywym bidabiurku, to tak na serio nie nazywajmy tego pracą, to może czas rozejrzeć się za jakimś innym. Albo spróbować iść na całość i frilanserzyć w domu. Niektórym się to udaje. Swoją drogą jeśli technologia będzie się rozwijać tak jak teraz, a mentalność typu – „nie ma przy biurku, znaczy nie robi” się zmieni, to ułatwi to rozwój ludziom poza dużymi ośrodkami miejskimi. I nie muszę być doktorem ekonomii, by postawić tezę, że taka decentralizacja ma od groma korzyści. Ale to już raczej temat dla http://finansenaobcasach.info Swoją drogą polecam tego bloga. Autorka pływa swobodnie po takich wodach, na których ja już dawno bym zatonęła.
  • Spisuj i zapamiętuj fachmenów, którzy szanują cudzy czas. Wspomnianego już kominiarza , który pojawił się jako drugi (i jako pierwszy punktualnie) mam na swojej „białej liście” i po prostu nie zamierzam tracić czasu na wzywanie innych. Podobnie odnotowuję wszystkich innych fachowców, którzy przyszli punktualnie i – jeszcze lepiej – elastycznie dostosowywali się do moich godzin pracy. Ja oszczędzam czas, oni zyskują kasę. Wszyscy są szczęśliwi. I o to chodzi.

Ps. Ten wpis możecie przeczytać gdzie chcecie i kiedy chcecie. Tak informuję dla pewności :D Sloganopis bangla także na urządzeniach mobilnych. Żeby nie było, że pouczam, a sama tkwię w mrokach XX wieku.

 

 

źródła:
video: AbstrachujeTV 
obrazek: ja. Chcesz go wykorzystać, zamieść linka i daj znać :) 
  • Monika Dąbrowska

    Potwierdzam, bangla na mobilnych i wygodnie się czyta :)

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      Bardzo najlepiej! Sama lubię czytać blogi na smartfonie np. w tramwaju.

  • http://finansenaobcasach.info/ Magdalena Bród

    O dzizas :) Jakbym czytała o sobie. Zgadzam się w 100000%!!!

    • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

      ;) Cieszę się, że trafiłam a jednocześnie niefajnie, że problem jest w sumie powszechny. Mam nadzieję, że będzie z tym coraz lepiej – więcej rzeczy da się załatwić przez internet a urzędy wpadną np. na „dzień czynny do 21:00″ czy coś. Oby.

      • http://finansenaobcasach.info/ Magdalena Bród

        Z tymi urzędami nie jest aż tak źle, bo u nas już raz w tygodniu jest czynne dłużej niż do 15… :P

        • http://www.sloganopis.pl Sloganopis

          No właśnie, trzeba na bieżąco sprawdzać, bo to się ostatnio zmienia: godziny i jakość obsługi. Ja po skorzystaniu z usług wydziału komunikacji długo zbierałam szczękę z podłogi. Mają tam nawet plac zabaw dla dzieci wewnątrz budynku! Wow.