W pogoni za fabułą

ksiazki2Na początek trochę prywaty: świętowałam wczoraj pisarski debiut znajomego. Były gratulacje, pochwały, swego rodzaju duma i – nie ukrywam – szczypta zazdrości. Całkowicie nieuzasadnionej. Zdusiłam ją więc w zarodku. Wolę raczej, zainspirowana jego przykładem, zakasać rękawy i wziąć się do roboty.

Odkąd pamiętam, a pamiętam większość swojego życia, chciałam zostać „sławną pisarką lub malarką”. Przyznaję jednak, że plany te powstawały w czasach, które nie dawały szerokiego pola do popisu, jeśli chodzi o planowanie kariery. Wiatr historii powiał w końcu w stronę kapitalizmu a mną rzucił do branży reklamowej. Co sobie chwalę. Piszę – owszem – i to sporo, czasem również rysuję (i cóż, że głównie storyboardy). Jest fajnie.Co ja mówię – jest super!

A jednak serce czasem podszeptuje, żeby od „copywriter” odciąć sobie owo „copy” i jednak zostać tą pisarką. A potem już tylko blichtr, sława i szampan dla wszystkich. No dobrze, jestem realistką – wiem, że na książkach się nie zarabia (i nie zamierzam w tym celu trzymać kartonowej tabliczki ze smutnym hasłem), ale chcę i już. Nie jestem w tym odosobniona. Trudno żebym była – od 10 lat pracuję w reklamie albo mediach i otaczają mnie osoby mające świetny warsztat pisarski. I często dzielą ze mną jeden i ten sam problem: brak pomysłu.

Do niedawna, przyznaję, nie wiedziałam co zrobić z tym fantem. Jednak pewnego pięknego dnia (tak zakładam, bo dni ostatnio są przeważnie piękne – ciepłe i słoneczne) przeczytałam wpis Pawła Opydo. I mnie olśniło. Pomysłów w zasadzie nie trzeba szukać. Bo główna oś książki to zawsze albo prawie zawsze banał. Przykłady? Proszę bardzo.

Lalka

Sklepikarz zakochuje się w lasce z wyższych sfer. On próbuje poderwać ją na kasę, ona go olewa. Oboje strzelają focha. Ale ona z wdziękiem, bo – wiadomo – szlachta.

Makbet

Nadambitny facet zabija przełożonego, do czego podjudza go chytra baba (żona). Przełożonego pomści jednak syn. Przy okazji okazuje się, że jeśli nie chodzisz do lasu, to las może przyjść do ciebie.To w sumie jak Rosja.

visit-russia

Źródło:http://politicalhumor.about.com/b/2014/03/05/russia-invades-ukraine-the-best-memes.htm

Nędznicy

Służbista ściga dobrego kolesia, który kiedyś był złym kolesiem,ale mu przeszło. Kiedy orientuje się, że ścigany jest całkiem w porządku i w ogóle zaszło niejakie faux pas, targa się (spoiler: skutecznie). W międzyczasie dobry (choć ex-zły), niesłusznie ścigany koleś pozostaje dobrym kolesiem i w ramach tego dobra pomaga upadłej lasencji i jej córce.

Przeminęło z wiatrem

Laska ma ochotę na totalną mameję, jednocześnie próbuje umieścić w strefie „zostańmy przyjaciółmi” faceta, który jest prawdziwym ciachem. Zanim się zorientuje w swojej pomyłce upływa cała wojna secesyjna.

Ania z Zielonego Wzgórza

Rodzeństwo w wieku mocno średnim adoptuje sierotkę. Dziewczynka okazuje się pieruńsko inteligentna. Po wielu tomach ostatecznie nic z tego nie wynika, bo okazuje się, że przed pierwszą wojną kariery zrobić się nie da, jeśli się jest kobietą.

Tajemniczy ogród

Dzieci bawią się w ogródku, co wychodzi im na zdrowie (tak przy okazji: przez zdrowie w czasach wiktoriańskich rozumie się głównie ruchliwość, pulchność i rumiane policzki – dziś wszystko to jednostki chorobowe (ADHD, otyłość) lub problemy dermatologiczne (cera naczynkowa)).

Pan Tadeusz

Panicz przyjeżdża do domu, gdzie dyskretnie podsuwa mu się dwie laski. Co oczywiste – wybiera młodszą i zapewne bardziej cycatą. W międzyczasie sąsiedzi z nudów organizują ustawki.

Balladyna

Laski z gatunku polaki-cebulaki pobiły się o bogatego kolesia. Zła wygrywa i konsekwentnie pozostaje zła. W końcu przegrywa jednak w starciu z siłami natury (piorun).

Zemsta

Dwaj tetrycy kłócą się o nieruchomości. W międzyczasie ich podopieczni przegrywają z własnymi hormonami.

Władca Pierścieni

Och proszę, to już jak kopanie leżącego.

Proste? Oczywiście, że tak. Takich fabuł każdy z nas wymyśli spokojnie milion pięćset – sto dziewięćset. Resztę wystarczy wypełnić takimi wątkami, by ktoś kiedyś dzięki nam dostał Oscara za rolę drugoplanową. I – dobry losie spraw – niech chociaż raz będzie to Di Caprio.

No to teraz, jeśli nie mam już żadnej wymówki, czas na Dzieło. Trzymajcie kciuki. ;)

ps. Żarty żartami, ale prawda jest taka, że wymyślenie, napisanie, zredagowanie i wypromowanie książki to mega trudna robota. I szacun dla wszystkich, którzy się jej podejmują. Tym razem już bez cienia ironii.