50 złotych grozy

Upalny poniedziałkowy wieczór. Warszawa. Tramwaj. Chłopak próbował zapłacić za bilet u maszynisty – nie udało się. Próbował więc rozmienić pieniądze u podróżnych – ciężko z tym. Wściekły wysiadł na kolejnym przystanku. W ręce miał magiczne 20 złotych. Pieniądz nie do wydania. Wróć – w krainie ślepców jednooki jest królem. Facet powinien cieszyć się, że to tylko 20 złotych.

Podobno pecunia non olet. Ale jednak – są takie, które najwyraźniej śmierdzą na tyle, że jest z nimi poważny problem. I bynajmniej nie chodzi o to, że przeszły przez ręce jakiegoś flejtucha. Nie. Mowa o dowolnym (czy to czyściutkim i pachnącym nowością czy to starym i brudnym) banknocie o nominale 50 złotych i więcej. A konkretnie o tym, że najczęściej można sobie go po prostu wsadzić tam, gdzie światło nie dochodzi, albo wydać w całości. Innej opcji nie ma. Przynajmniej w Warszawie. Przez pewien czas, za sprawą kilku nieprzyjemnych okoliczności, pozbawiona byłam samochodu. Do mojej podwarszawskiej wsi mogłam, w takiej sytuacji, dotrzeć jedynie autobusami prywatnej linii. Spróbujcie proszę (jeśli tylko macie odwagę) zapłacić w takim pojeździe za bilet banknotem pięćdziesięciozłotowym. Powodzenia. Można się przy tym narazić na solidny ochrzan od kierowcy. Całkiem, jakby się weszło i narobiło na środku przejścia.

Trzeba więc felerne pięć dych rozmienić. Tylko jak? Pierwsza próba – bankomat – może wyda dwudziestkę? Noł opszyn! Mogę sobie wyjmować co najwyżej pięćdziesiątki a i to nie wszędzie (szybko „wychodzą”).

Wiem! Bilety na zbiorkom. W końcu i tak muszę kupić dwa kartonikowe. Pani w kiosku nie ma jak wydać. Krzywi się widząc pięć dych, jakbym pokazała zdjęcie z gołymi babami. Brzydkimi gołymi babami. Robiącymi coś równie brzydkiego jak one same. OK – era człowieka i tak przemija, czas na maszyny, więc opuszczam panią z kiosku i lezę do biletomatu. Nic z tego! Pięćdziesiąt złotych dla tego urządzenia nie istnieje, no chyba, że reflektuję na cały bilet miesięczny, wtedy owszem tak. Ale muszę dołożyć do tego jeszcze 60 złotych.

Trudno. Przejdziemy się, łatwiej będzie wydać pięć dyszek, bo zaczynają mnie parzyć w ręce. Spacer trwał godzinę. Podczas niego kolejno nie zakupiłam: czasopisma, dwóch kulek lodów, soczku.

Ostatecznie poddałam się i zrobiłam większe zakupy spożywcze wyskakując z czterdziestu złotych. Dostałam dzięki temu dyszkę reszty a to już umożliwiło mi zakup biletu na autobus do domu. Uff.

Niestety do tego domu jechałam z siatami kiszącymi się razem ze mną w tłoku, ale czego się nie robi, żeby pozbyć się pięćdziesiątki.

Części z tych nieprzyjemności mogłabym uniknąć płacąc kartą (niestety wtedy nadal nie miałabym jak wrócić ani jak kupić soczku, lodów, czy biletu w kiosku). Ale co jeśli na serio masz przy sobie pięć dych, stówę, czy omójbożeidźpanztymwcholerę dwieście złotych? Mogłabym też być bardziej asertywna – pokrzykiwać na sprzedawców albo odwiedzać każdy napotkany sklep i tam wmuszać grubą walutę. Coś jak tu:

Shut-up-and-take-my-money

Ale mi się nie chciało. (Tak, wiem, że ten mem to nie o tym).

Tu powinny być jakieś wnioski ale zwyczajnie nie potrafię ich wysnuć. Po prostu stwierdzam, że coś jest poważnie nie tak. Sklepikarze – ogarnijcie się. ZTMie – może da się coś z tym zrobić? Póki co przezornie gromadzę drobniaki.