Za darmo? Czasem. Półdarmo? Nigdy.

swinkaKilka dni temu dotarły do mnie wieści, że pewna marka (nazwijmy ją X) potrzebuje pomysłu na działania marketingowe, które wywołają błyskawiczny „efekt wow” u bardzo specyficznej grupy celowej. Oczywiście upraszczam mocno, ale rzecz nie tkwi tu w przedstawianiu case study projektu.

Markę X znałam bardzo dobrze. Wiem, jacy fantastyczni ludzie ją budują i jaka pożyteczna (także dla mnie) jest ich działalność. Jakby tego było mało, po zagłębieniu się w ich strategię marketingową, przewertowaniu ich dotychczasowych materiałów promocyjnych i po innych, podobnych czynnościach, nagle doznałam olśnienia: wiem, jak im pomóc z tym całym „efektem wow”. Ze znajomymi z kreacji nazywamy takie olśnienie mentalnym orgazmem. To moment, w którym nagle robi Ci się gorąco bo widzisz, że wszystkie puzzle do siebie pasują i dokładnie wiesz, że masz TO – hasło, reklamę czy całą kampanię.

Miałam TO, miałam też namiary na ludzi od marki X. Spotkanie było kwestią czasu. Tak jak przypuszczałam, pomysł zaskoczył. Znacie to uczucie, kiedy o czymś opowiadacie i widzicie, jak słuchający zapala się do waszego pomysłu, jak widać, że chce wstać i ruszać do boju, teraz, już? Jeśli nie, to szkoda. Fantastyczna rzecz. I tu właśnie miała miejsce.

Dalsze prace nad projektem zajmą mi kilka wieczorów. Im również. Oni będą mieli z tego promo swojego brandu. Ja? No cóż – kilka bardzo zajętych wieczorów, fajny case do portfolio i poczucie, że jako fanka marki X dołożyłam cegiełkę do jej sukcesu (i będę mogła nadal korzystać z jej produktów). Nie będę miała natomiast wynagrodzenia.

I to był powód, dla którego kilkoro znajomych, którym opowiedziałam dziś o projekcie, uznało, że się „sfrajerzyłam”. Bo powinnam ten projekt zmonetyzować. A jeśli X go nie zechce, iść z nim do Y, czyli konkurencji. Argumenty znajomych były bardzo przekonujące. Bo faktycznie, za podobną pracę, jaką tu robię za darmo, miałabym komplet – i to na pełnym wypasie – butów, ciuchów i gadżetów do maratonu na jesieni, nie mówiąc o wpisowym (czyli coś, na co ostatnio ciułam).

A jednak tylko wzruszyłam ramionami. A wiecie czemu? Bo będę miała frajdę ze zrobienia tego. I każdy z tych wieczorów spędzonych na pracy dla X będzie takim odpowiednikiem rozwiązywania krzyżówki, czy sudoku – rozrywki intelektualnej podejmowanej dla przyjemności.

Zupełnie inna sytuacja miałaby miejsce, gdybym miała do X stosunek całkowicie obojętny, a jej twórcy przyszliby do mnie z prośbą, żebym wymyśliła im fajną kampanię za friko. Wówczas możliwości byłyby dwie – albo bym się popukała palcem wskazującym w czoło, albo zrobiła nieco inny gest palcem środkowym. Zresztą o tym już pięknie pisała Wittamina, ja nie widzę sensu w dublowaniu tematu. Natomiast tu pierwsza była idea (uważam, że marka jest światu potrzebna), druga była potrzeba niemalże artystyczna (kampania, którą ma się w głowie, a która nie ujrzy światła dziennego uwiera straszliwie, trzeba ją z siebie wywalić – ten sam mechanizm jest przy utworach całkowicie niekomercyjnych), a trzecia – zwykła potrzeba rozerwania się przy fajnym projekcie (w końcu czasem trzeba sobie przypomnieć za co konkretnie tak kocha się pracę w kreacji).

Co ciekawe, praca za darmo – jeśli jest wykonywana w ten sposób – koniec końców zwykle okazuje się być bardzo intratnym zajęciem. Zanim zaczęłam pisać bloga, z potrzeby pisania „machnęłam” koleżance kilka artykułów na pewien portal tematyczny. Odwdzięczyła mi się ostatnio sama z siebie proponując przysługę, która zaoszczędziła sporo mojego czasu, nerwów i pieniędzy. Inni znajomi pomogli mi kiedyś zorganizować nietypowy prezent (w ramach podziękowania za to, co kiedyś dla nich zrobiłam za friko). Robiąc przysługi budujemy sobie sieć „długów wdzięczności”, które są OK jeśli nie są z góry oczekiwane i wymuszane. Żeby było jasne – niczego nie chcę od ludzi z X. Ale nie zdziwię się, jeśli kiedyś mi pomogą.

Warunek takiej pracy jest jeden – musisz tego chcieć, musi ci to sprawiać frajdę, da ci wymierną korzyść np. w postaci wiedzy, której nie zdobędziesz inaczej (tu mówię o praktykach – choć to bardzo drażliwy temat*) albo wiesz, że robisz coś pro publico bono. Inaczej faktycznie można się sfrajerzyć.

I jeszcze jedno. Wierzę w zasadę

Work for free of for full price. Never for cheap.

Co przetłumaczyć można mniej więcej tak: „Pracuj za darmo, albo za pełną stawkę. Nigdy za półdarmo.” Faktycznie, takie „tanie” zlecenia (a brało się i takie – kredyt rządzi, kredyt wymaga) budzą we mnie niesmak. Czujesz, że zlecający nie szanuje twojej pracy już na etapie wyceny. I samemu też traci się do siebie szacunek. Inna sprawa, to jak wycenić swoją „full price”. Ale tu już nie pomogę.

—-

* Na tyle drażliwy, że wymaga osobnego wpisu, który zresztą planuję.