Zbiorowe ADHD

Naukowcy ponoć dyskutują nad tym, czy ADHD w ogóle istnieje – i niech dyskutują, zostawmy ich z tym, bo najwyraźniej dobrze się bawią wymyślając coś a następnie to obalając (swoja drogą ciekawy sposób na życie, yesn’t?). Ale nawet jeśli nadpobudliwość czy nieumiejętność koncentracji nie są związane z żadną faktyczną chorobą, to jednak obie te rzeczy widzę coraz częściej wokół siebie. Oczywiście o niczym to nie świadczy. „Ja i moi znajomi tak mamy” to żaden argument. Ale jednak otacza mnie dziś świat ludzi z ewidentnymi objawami ADHD a kiedyś tak nie było. I koniec.

Co to oznacza w praktyce? Na przykład nieumiejętność czekania. Kiedyś czytałam o tym, jak to w egzotycznych dla nas krajach czeka się na autobus. Ot po prostu trzeba usiąść i siedzieć – przyjedzie to będzie. Jak nie za chwilę, to za parę godzin. Ewentualnie jutro. Brak samochodu przez ostatnie miesiące doprowadził mnie do odkrycia, że tę tradycję kultywuje u nas jeden z przewoźników na mojej podwarszawskiej linii. I wywołało to u mnie wiele mrocznych myśli i nieomal pianę na ustach. A czekałam „zaledwie” pół godziny. I to w przyjemne, majowe popołudnie. Potem zresztą sama jazda, dwukrotnie dłuższa niż przejazd samochodem, wywołała u mnie stan, po którym szybko powinnam pobiec prędziutko na terapię radzenia sobie z agresją. Czy coś w tym stylu.

Tu skończyło się na paskudnej minie i wiązance nie wypowiedzianych na głos życzeń dla przewoźnika. Czasem jednak niecierpliwość prowadzi do czegoś naprawdę śliskiego i obrzydliwego moralnie, jak ta oto sytuacja TRZASK TUTAJ. Swoją drogą, o tym, co może dziać się z takimi, którzy krzyczą „skacz” najpiękniej zaśpiewał już Till Lindeman:

 

 

 

 

Krótko mówiąc, nie krzyczcie, żeby na was kiedyś nie krzyknęli. I niestety mówię to także do samej siebie. Muszę przyznać z bólem, że kiedy pierwszy raz przeczytałam o wydarzeniach w Toruniu (było to dawno, ale takie uczucia pamięta się długo) pierwsza myśl była taka, że trochę ich rozumiem. Tych zmęczonych pracą, zaganianych, którzy już tak bardzo chcieli być w domu, odpocząć, że no skaczesz wreszcie ty cholero, rób swoje i daj żyć, bo życie jest ruchem i nie dopuszcza takiego czekania, szybciej bo wszyscy mamy ADHD. I ja też mam.

Tylko czy to zawsze źle? No właśnie. Koniec zabawy w psychologa czy socjologa. Nie jestem żadnym z nich. Przejdźmy do języka. A tu szybkość i ADHD odbiorcy/czytelnika oznacza jedno – musi być krótko. A jak jest krótko, to sprawdź czy może być jeszcze krócej. Da się – to tnij. Az prawie nic nie zostanie.

I – poza tym blogiem, gdzie po prostu czasem lubię sobie popłynąć – staram się pisać krótko. Bo to pozwala fajnie bawić się językiem. W copywritingu to już po prostu norma. Jak dla mnie najlepszym sloganem, jaki powstał jest superkrótkie „Das Auto” Volkswagena. Zasługuje ono jednak na osobny wpis, więc lecimy dalej. A dalej jest cała przestrzeń internetu. Mimo, że szeroka, to jakoś skłania ku krótkim formom.

Najlepszy przykład to oczywiście Twitter. Tu sztuką jest ćwierknąć krótko a ładnie. O tak, jak ja tu: ;)

twitt

Mam znajomego, u którego literacki talent w pełnej krasie objawił się właśnie na Twitterze. W niewielu znakach potrafi on zawrzeć maksimum treści. I do tego językiem, którego nie powstydzili by się zawodowi pisarze. Zawsze wiedziałam, że jest „dobry w te całe pisanie”, ale dopiero twittując spowodował u mnie opad szczęki i trzy do pięciu niewielkich eksplozji zazdrości. Bywa.

Inna znajoma prowadzi z kolei profil z krótkimi dowcipami @mikrohumor. I udowadnia, że da się krótko i zabawnie. Bez dwóch zdań.

Kolejne miejsce, gdzie można krótko a fajnie, to komentarze. Oto przykład.

krotko

I to przykład podwójny. Raz, że na obrazku perfekcyjnie uchwycono, że krótko może być dobrze, a dwa, że komentarz krótki a w punkt. A skoro już przy krótkich historiach jesteśmy, to okazuje się, że także filmy wcale nie muszą trwać tyle, że pod koniec myślisz już tylko o własnym pęcherzu a nie przeżyciach bohaterów. Dowód? Proszę bardzo:

 

 

 

 

 

 

Dwie minuty, czterdzieści jeden sekund. A nie dwie godziny i czterdzieści jeden minut. Emocji tyle samo. Zresztą jak dla mnie mogło by się to skończyć w trzydziestej szóstej sekundzie i też byłoby super.

Youtube to zresztą kolejny po Twitterze i systemach komentarzy dowód na to, że można krótko a dobrze. A jeśli chodzi o horrory to nie od dziś wiadomo, że wcale nie musi być długo. I znów przykłady znajdziemy w sieci. Zebrał je chociażby autor świetnego skądinąd bloga Kulturą w Płot: o TUTAJ.

Krótkie formy to nie znak tylko naszych czasów. Jedno-dwustronicowe opowiadania pisał Mrożek (a każde to perełka). W mikroformy bawił się Lec. Oszczędnie było też u Sztaudyngera. A wszyscy to przecież mistrzowie słowa. Dziś jednak mamy non-stop multum możliwości by obcować z krótkimi formami językowymi. I to pasuje do naszych czasów. Szybkie wyjęcie telefonu, krótki status na fejsie, jeszcze krótsze twittnięcie, gdzieś po drodze obejrzany równie krótki filmik na YouTube… Samo w sobie nie jest to niczym negatywnym, bo przecież pokazałam, że można krótko a dobrze. Problem leży gdzie indziej. W tym, że przyzwyczajeni do krótkich form tylko pogłębiamy swoje ADHD. Krok po kroku, każdego dnia. I jeszcze trudniej będzie czekać na autobus, znosić to, jak „grzebie się” kelner, jak lezie ta stara baba przed tobą – no mucha w smole normalnie, jak ten idiota wolno jedzie (trzeba go strąbić), jak ta mameja długo opowiada – kiedy wreszcie zbliży się do pointy?

Aż w pewnym momencie zamienia się to wszystko w zbiorowy krzyk

Skacz, do cholery, umrzyj i zrób miejsce tym, którzy nie mają czasu.

A to już robi się strasznie niefajne.

 

 

Źródło obrazka w slajderze: Fot. Martin Davis, http://www.geograph.org.uk/photo/1730047